Andrzej Dąbrówka
Libella
Pięć pieśni o pionie i poziomie
Zburzcie tę świątynię, a ja w trzy dni ją odbuduję ( Jn. 2:18-22)
Inspiracja: Tomasz Sobecki, „Ruiny gotyckiego kościoła” (1980-1986)
I. CZARNA KSIĘGA RUIN
Szybował przez bałwany gryzących dymów
nad domy których ścian już nie wiązał dach
nad miasta co się długo nieugięcie tliły
ponad popiołem mającym jeszcze kształt
zwęglonych drzew traw ksiąg
Oślepiał go i niebo ogień miotany z ust żołdaków
Frontony drżały od wizgu ich rozkazów
Szyby tryskały łzami kaleczącymi nawet siebie
Drzwi wypadały z futryn jak wybite zęby
Mur się rozpadał — cegła po cegle wracała do brudu ziemi
I dymy zaczerniły lśnienie jego piór
A przez bielmo popiołu widział że są złe
***
Żali się Troja: moje upragnione wieże witano wzgardą
a żegnano pożogą
Płacze Jerozolima: mój mur runął w trzecim dniu oblężenia
i nie wstał z martwych
Oskarża Kartagina: moje domy przysypali solą
by pamięć nie odrosła
Szepcze Bagdad: litery moich ksiąg wróciły łzami
do rzeki atramentu
Timbuktu samo nie pamięta: czy moje manuskrypty spalił wróg
czy żar pustyni
Gaśnie uśmiech na obliczu wytwornego Rzymu
odartego z renesansowych szat
Milczy Coventry tajnie złożone w ofierze
czarnej czyhającej bestii
Głosi Warszawa: Chrystus na krzyżu w mej katedrze
wytrzymał stal gąsienic
Ryczy lew Palmyry broniący gazeli
nie tłuczcie jej młotami z plastiku
Jęczy zmiażdżone dywanem bomb domostwo
dach mi się rozpadł na skwierczące żebra, gdzie się schronią głowy?
Woła o pomstę chór głosów karanej niepokornej wioski
spaliliście stodoły razem z dziećmi które ukryły się w sianie
***
Kto burzy świątynię – burzy wiarę w Pion
Kto spala księgi – puszcza z dymem Niewypowiedziane
Kto zrównał z ziemią mury – starł każdy z punktów Tablic
A jak ma żyć ktoś oduczony pionu?
Co go powstrzyma przed powrotem na cztery łapy
i niepatrzeniem w gwiazdy?
Gdy tylko dym spalonych dusz się modli
któż ruszy kamień co do nieba wołać będzie?
Gdy stratowana ziemia będzie pustą tablicą
kto powie ci, kim jesteś, skoro zmarł alfabet?
***
„Rozpalcie im taki ogień, żeby się bali wracać!”
„Zasnujcie miasto dymem by nie mieli co wspominać!”
„Spalcie im księgi, by nie znali swoich imion!”
Mieli usta zionące ogniem.
Smoki w mundurach.
Miotacze ognia w gardłach.
Każde ich słowo było snopem iskier.
***
Który burzyłeś tam, bo przeszkadzało.
A tu burzyłeś, bo coś pamiętało.
Tam wysadzałeś most, by powstrzymać marsz.
Tu wysadzałeś gmach, by powstrzymać pamięć.
Tam ogniem otwierałeś drogi.
Tu ogniem wyżegałeś sens.
– Generale, któryś wskazał cel na mapie:
myślałeś, że nie zapamiętamy
jak prysła z chrzęstem niczym biedronka
kopuła katedry zmiażdżona twoim palcem?
– Poruczniku, który przyjąłeś rozkaz:
myślałeś, że nie usłyszymy
jak kruszył się mur rozdarty twym podpisem?
– Dowódco, który podpaliłeś bibliotekę:
myślałeś, że nie przeczytamy
co napisano w księgach, które kazałeś spalić?
– I ty, Wania, głupi Wania, czyś ty musiał ćwiczyć celność działa
Strzelaniem do kościoła? Nie wystarczyło ci spłoszenie kruków?
^^^
Kruk:Nie osądza Nie rozdziela win Nie płacze
Słyszy co szepcze popiół: Jeszcze to ktoś usłyszy.
Czyta co pisze dym: Jeszcze to ktoś przeczyta.
Widzi co rzeźbi kamień: Jeszcze to ktoś zobaczy.
II. WIDZIAŁ TO KRUK
Nie było okien ani drzwi i przeciąg świstał
śmigając przez otwory przez szpary niczym ptak
co wleci i wyleci a nie puka ni pyta się o zgodę
Chodzili tam znudzeni do miejsca bez znaczenia
skąd nikt nie dzwonił gdzieś na końcu miasta
za łąką za torami między stare mury dobra baza
zborny punkt obóz legowisko dla tych co na gigancie
albo których nie gonił czas
Podziurawiony kadłub zalany wonią próchna
spowity mgłą wilgoci ksiąg zbutwiałych
pokłady desek pękały pod stopami
Jeden błąd w nawigacji to rozbity okręt
Bomby jak głowy nie oszczędzały głów i rzeczy
Korpusy figur traciły głowę głowa traciła twarz
A bez twarzy nikt cię nie uratuje bo już nic nie powiesz
zostaniesz porzucona w kącie
a nawet jeszcze stojąc na kolumnie
nie dźwigniesz się z zagłady znaczeń
Rozdarte wnętrze z samych ciętych ran
Dach zapadnięty Bryły sklepień na posadzce
jak martwe ptaki które strącił z nieba śmiertelny mróz
Brzozę w ołtarzu kaleczyło
kolcowe obstąpienie cierni tarnin i akacji
choć była biała i niewinna
Kruki maszerowały po szczerbatej wieży
czarne spokojne jakby to miejsce do nich należało
Nikt się nie pytał czym był ten niezdobyty fort
strefa milczenia ucieczki przed jazgotem
Ktoś miał zapałki inny puszki piwa
Gdy były puste strzelali do nich z procy
Ale nikt nie przekraczał stopni i nie patrzył wyżej
Ni dalej w półcień onieśmieleń
Tylko kruk jeden wiedział że w rozbitej nawie
Coś się po cichu odprawiało
III. SUMMA ROZPADU
Wrócił po latach Miał otwarte oczy
Z grupą jak kiedyś ale teraz cichszą
z notatnikami już nie z petardami
Tamten co kiedyś pokasływał od dymu papierosa
teraz nie gadał tylko patrzył i wskazywał
krzywizny łuków, żeber, proste linie kolumn
– Spójrzcie na zbiegi sklepień jak się wykluły
z pionu ścian po czym skręcają lecz choć odchylone
czyż nie są wciąż pionowe skoro nie mogą upaść
To sztuk arkana
Szkieletu nie zobaczysz w żywym ciele
tylko ruina wam ujawni swoje kręgosłupy
przypory punkty podparcia łęki oporowe
Jak wytłumaczył pewien Pan
Forma się ma odsłonić aby dłużej działać
jak Tomaszowa Summa z piętrowymi dystynkcjami
Jeśli niebaczny wnuk pomyli piętra
chybi w pionie zmyli gzyms
już nie dokończy dzieła przodków
i nie nauczy się budować nowych naw
bo sam się nie zrozumie nie odróżni
zwałów rumowisk od celu prostych dróg
Kruk to podglądał przez prześwity
dziury po bombach i wybite okna
Z dogodnej belki rozpoznawał
– niegdyś biegali i strzelali z kijów
teraz kreślili coś w zeszytach pewną ręką
Rozpoznał tego który kiedyś nosił ogień
a dziś łapie za ogon słońce
Nie krzyczy, nie naucza, patrzy i robi światłopisy
Wrócił z dziewczyną wychwytywać światło
które jeszcze odbija się od szkiełek w resztkach okien
i opowiada dawne tajemnice
Złota godzina kładła się na szkle, na cegłach
niczym opatrunkowa maść na bliznach
Światło łagodne niepłochliwe wścibskie i skoczne jak baranek
chętnie wpadało szczelinami do pułapek czerni
Każda szczelina – mały teatr cieni
Zaprawdę szpary mówią więcej niż grube księgi ścian
Każdy kąt dźwięczy echem urwanego psalmu
Wieży przyśniła się drabina – taka długa
że kilka szczebli zawisało w pustce
Ktoś sięgał wyżej lecz zabrakło nieba
Kobieta przystanęła przy fragmencie rzeźby
– Głowo bez twarzy co powiesz głowie z twarzą
Nie powiedziała nic Było to warte pamiętania
Powiedzmy to nie mówiąc Pokażmy tę konieczność
Kruk nie odleciał Wierzył w nieodzowność ładu
rozpoznał jedną zmianę. To był ten od fajek. A gdzie jest ten od piwa?
IV. OFICJUM ŁĄKOWE
Bluszcze i pajęczyny zwisały
jak feretrony zapomnianych świąt.
Karty rozpierzchniętych mszałów
fruwały wśród miotanych liści świata
jak trzoda zapędzana na manowce
Spuszczało brzaskiem rosę sprawiedliwą
niebo roratnie Nie bój się ja cię wybawię
Organy były w drzazgach, ale śpiew piszczałek
jeszcze się niósł z ust do ust wiatru
głosom w zaroślach Grał do prób godzinek
rytmicznie, beznamiętnie
Zacznijcie świerszcze dzwonić już na prymę…
Ptaki o wschodzie głosiły z wysokości
Jutrznię wśród krzyżujących się gałęzi
Prostymi melodiami
Dźwięk ma dopiero wtedy sens
gdy nie odbija się jak groch od wrogich bram
lecz wzbudzi echo z niewidzialnych sfer
Każdy słoneczny dzień był żniwnym świętem
Robotnej pszczoły co gromadziła złoto z łąk
na świece których nikt nie miał zapalić
Nieszpory żab w dolnym kościele pełnym wody
do której spływał cały ciemny czas
w gasnących kroplach jak świetliki
Wieczorem zaś kompletę intonowały sowy
głos huczał jak dzwon wielkości nawy
z ciężkim sercem ciemności
Każda noc była zarazem tamtą i dzisiejszą nocą
Ta sama noc która zubożyła jednych a wzbogaciła drugich
Cały on czas był tą nocą oczekiwania aż zapłonie świeca
Nie było celebransa lecz Oficjum trwało.
Stale chociaż na krótko przychodziły Myszy
Jeże i Kuny nawet też wstydliwe Krety
Każde stworzenie znało swoje wejście
każdy żywioł znał porę, rolę w responsorium
Kruk choć obecny Nie zarządzał tylko pamiętał
To pytanie: Kto im odsunie kamień?
V. A JA JĄ ODBUDUJĘ
Znalazł go i zadzwonił po wystawie
– Poznałem tamte mury, kąty cienia
poprzecinane sztyletami światła
To był nasz fort.
Głos dawny ale przemieniony – nie przez ton
ale przez moc jaką ma głos sternika
– Tak, to ja, ten od piwa. Przyjedź.
Zobaczysz coś, czego się nie spodziewasz.
Na miejscu – rusztowania, ludzie w kaskach
mieszkalne kontenery dźwig taczki sterty cegieł
Nad wszystkim wniebogłośny ciężki zgrzyt
To betoniarka dźwigała w środku i mieszała
zmuszając do obrotu jakiś inny kosmos
Żółta tablica budowy plansza projektu
Zdjęcie ruiny obok obleczonej w ciało
On w sutannie albo czymś tego rodzaju
– Wzięliśmy dla efektu twoje zdjęcie
ale to nie te kadry, lecz to, co w nich wciąż trwało
dało mi cel i ciało temu szkieletowi.
Bo też rozbiłem się jak nawa, też próchniałem.
Zniszczyłem swą świątynię, ale się dźwignąłem
żeby tę pierwszą odbudować.
Znalazłem w sobie to narzędzie do czytania
prawd linii, linii prawdy
równolinii i równoprawdy.
Do wskazywania równowagi
między pionem a poziomem
między zniszczeniem a nadzieją.
Weszli do wnętrza Piony murów znów
Spięte z pionami sklepień
Okna otwarte już na światło
Smuga sięgała skosem kładąc
czysty obrus na jeszcze pusty ołtarz
W rogu – ona. Głowa bez twarzy
Nie ruszona, jakby jej nikt nie zauważył
Ślepa prorokini głosząca głosem kruka
Zrobisz to w trzy dni
***
Kruk już nie z wieży tylko przelatując
Unosi się nad placem Widzi
że wszystko jest na swoim miejscu
Wielkanoc 2025































