Zauważam, że
coraz mniej ze swoimi przyjaciółmi rozmawiamy. Wysyłamy krótkie wiadomości i zdjęcia via telefon, Messenger, WhatsApp, Signal. Maili nawet nie chce się pisać, bo za długie. Dlaczego
się nie spotykamy? Bo każdy obwarowany jest swoimi umówionymi spotkaniami.
Najczęściej z rodziną, dziećmi, wnuczętami, swatami, starszymi żyjącymi
rodzicami, wyjazdami do sanatorium, wycieczkami do SPA, prelekcjami. Niektórzy jeszcze czasowo pracują. Ja też. Mam męża
zamiejscowego. Inni mają partnera dojeżdżającego. Zdarza się mieć wolny czas,
wtedy czytamy książki, oglądamy telewizję, sprzątamy dom, robimy zakupy, mamy
różne zorganizowane zajęcia. Powoli odchodzimy od rytuałów wspólnych spotkań. Aż
dziwne mi się to wydaje, mnie, takiej towarzyskiej osobie. Czasami nawet nie chce mi się zadzwonić i umówić z koleżankami, bo im ciągle coś nie pasuje. Przeglądam telefon i zastanawiam się z kim chciałabym
się spotkać.
W związku z
tym ostatnie święto Trzech Króli spędziłam sama. W ubiegłych latach było
tak wesoło. Dzieci ubierałam w korony, które same robiłyśmy. W cieście
ukrywałam migdała, szykowałam jakieś upominki. A teraz zima nam dopisała, córki
ruszyły na narty. Zabrały mi moje małe skarby. Właściwie to uwolniły mnie od
obowiązków. Obok mojego miasta są doskonale zorganizowane stoki narciarskie.
Sama uwielbiałam jeździć, ale skręciłam sobie kolano i koniec tej przyjemności.
Przed
obiadem wyszłam na spacer. Nastawiłam sobie wcześniej przygotowane mięso z
warzywami. Z zamrażarki wyjęłam ciasto świąteczne, a białe gruzińskie wino
włożyłam na półkę w lodówce.
 |
| W małym starym lasku. |
Mieszkam w
starej dzielnicy miasta, na osiedlu zwanym "Sienkiewiczowskim", gdzie pod koniec
lat 50. zaczęto stawiać pierwsze bloki w moim mieście. Po drugiej stronie
idąc schodami w dół ulicą Czerwińskiego, dochodzimy do ulicy Kuźnia. Tak tak,
kiedyś tu była prawdziwa kuźnia. W końcu jesteśmy w hutniczym mieście. A tuż
obok mamy prawdziwe fińskie domy. Czy słyszeliście o takich domach, mieliście
lub macie u siebie w mieście?
Występowały
kiedyś głównie na Górnym Śląsku, a także w Gdańsku i Warszawie. Sprowadzono je
głównie z Finlandii za węgiel i koks, aby złagodzić tzw. głód mieszkaniowy
po wojnie./trwa od 80 lat/ Pomysłodawcą transakcji wiązanej z Finami był ówczesny minister górnictwa i
energetyki.
Polska za
sprzedany węgiel do Finlandii w latach 50. otrzymywała domki składane z
prefabrykatów. Powstawały całe osiedla tych domków, przede wszystkim w okolicach
kopalni i dostawali je zasłużeni przodownicy pracy. W Gdańsku -Wrzeszczu ulicom, przy których budowano fińskie domki nadano nazwy kopalniana Górnicza Koksowa. guciamalpewnie coś o tym wie.
Polska
otrzymywała je również jako reparacje wojenne za pośrednictwem ZSRR.
Przykładowe domki fińskie były lokowane na peryferiach miast, często nie było
tam kanalizacji, a ubikacje znajdowały się na podwórku i również komórki na
węgiel. Ale posiadały piękne ogródki i dużą powierzchnię. Były zachwycające w
tamtych czasach. Ludzie zapomnieli, że domki w moim mieście postawione były na działkach
należących kiedyś do żydowskich właścicieli. Tam był tartak braci Heine.
U nas zmodernizowane domki fińskie stoją do dzisiaj, aczkolwiek służą jako lokale
zastępcze dla ludzi w potrzebie. A obok wyremontowano już współczesny
budynek jako Dom sąsiedzki, służący jako świetlica, tak się kiedyś mówiło.
Potem
poszłam dalej, bo akurat ruszał orszak królewski z jednej parafii. Słychać było
śpiew kolęd. Stanęliśmy przy ulicy z paroma osobami i robiliśmy zdjęcia.
Obok mnie zdjęcia robił taki miły facet. Zagadałam go mówiąc, ale fajna
impreza i pogoda nam dopisała. A on chyba tylko na to czekał i zaczął monolog
opowiadając o całym swoim życiu. Od razu zorientowałam się, że to samotny
człowiek i chce podzielić się z kimś swoim satysfakcjonującym życie. Jesteśmy prawie sąsiadami i
mieszkamy na dwóch starych osiedlach Sienkiewiczowskich, on w tzw. czerwonych
blokach, a ja w białych. Od wielu lat są otynkowane, a nazwa pozostała od czerwonej i białej cegły. Ja mieszkam tutaj
od niedawna, i białą cegłę nawet odsłoniłam👍👏tu w świątecznym wydaniu.
Znam tylko najbliższych sąsiadów.
Przedstawiamy się. Witek przyznaje, że ma blisko 70 lat, ale nadal pracuje.
Ale na Śląsku, gdzie pracodawca płaci mu za mieszkanie. Teraz jest
na zwolnieniu z powodu operacji na zaćmę. Bardzo jest dumny ze swojej pracy i z
lekceważeniem mówi o tych, którzy siedzą w domach na kanapach korzystając
wcześniej z socjalnych zasiłków, oglądając telewizję i narzekając na swojej
emerytury.
Z satysfakcją mówi o swoich dwóch synach, wnuczętach, ale rzadko ich ogląda, a
najczęściej wtedy, gdy potrzebują jakiś drobnych napraw w domu. On sam jest
specjalistą od maszyn i urządzeń. Rozwiódł się w wieku dojrzałym po
pięćdziesiątce. Widuje się czasami ze swoją byłą żoną na uroczystościach
rodzinnych. Rozstali się po przyjacielsku. Witek jest spokojny, zrównoważony,
dobrze wygląda i mówi, że nic nie chciałby zmienić w swoim życiu. Nie próbuję
nawet szukać jakiejś towarzyszki do życia. Dobrze się czuje sam. Spędził w tym
mieszkaniu całe życie, bo kiedyś mieszkał tu z rodzicami. Nie spotyka się
ze swoimi dawnymi kolegami, bo nie odpowiada mu czas spędzany przy telewizji, piwie czy nadmiernych posiłkach. On lubi spacerować po mieście i pracować. Jeździć na wczasy. Bardzo
chwalił swojego śląskiego pracodawcę. Zorientowałam się, że to małe
przedsiębiorstwo, ale bardzo dobrze zarządzane.
Wolnym
spacerem ulicą Kuźnią doszliśmy do Czerwińskiego i tam się rozstaliśmy. Witek
nie proponował mi kawy czy herbaty. Odszedł spokojnie do bloku nr 12. A ja z pośpiechem ruszyłam do swojego mięsa nastawionego długo
wcześniej. Okazało się wyśmienicie miękkie, ale nie wysuszone. A
gruzińskie białe wino Kazbek Peak doskonale dopełniało całości. Sernik na ciepło był też wspaniałym deserem.
A potem
poszłam na drugi spacer. Najpierw do parku, niedaleko domu,
a potem ulicą Iłżecką na Rzeczki i doszłam
prawie do skraju Puszczy Iłżeckiej
czyli Gutwinu. My mówimy "Goodwin". Doskonałe toponimia w nazwach.
 |
| Stary domek na Rzeczkach. |
Dobrze się czułam sama. I słońce w kapeluszu😀
Czy macie podobne rozmyślania? Czy nadal pracują wasi znajomi będący w wieku emerytalnym?
PS Piątek, 9 stycznia. I nagle znalazł się czas, żeby spotkać się z paroma znajomymi. Dlaczego? Bo przyszliśmy na pogrzeb koleżanki. Od prawie 30 lat należę do Towarzystwa Absolwentów II LO im. J. Chreptowicza w moim mieście i jestem dosyć aktywną członkinią. Nasze liceum istnieje od początku XX wieku. Ogromną dumą "chreptusa" są zjazdy szkolne organizowane od końca lat 50. Co 5 lat. Oraz coroczne walne zebrania, gdzie również spotyka się spore grono absolwentów. Znamy wielu ludzi różnych roczników. Szczególnie, gdy zostali w naszym mieście. Koleżanka, która nagle zmarła była 9 lat starsza i mieszkała w moim bloku. Czasami pomagałam jej zanieść zakupy na górę. Miała problemy z chodzeniem, a od lat nie opuściła żadnego zebrania, ani zjazdu. Zawsze zastanawiałam się jak wychodzi na swoje 4 piętro.
Po pogrzebie w cztery osoby poszliśmy do restauracji na obiad. Muszę przyznać, że spędziłyśmy razem bardzo miły czas. Nasz kolega Irek zabawiał nas wspomnieniami z wcześniejszych spotkań i innym męskim gadaniem prawie pod hasłem wino, kobiety i śpiew, a my podsumowałyśmy świąteczno-noworoczny czas. Jedną koleżankę znam od podstawówki, i obozów harcerskich, a drugą od liceum i do tego łączą nas od lat kontakty zawodowe. Znała też kiedyś mojego pierwszego męża RIP. Jeździli razem na kolonie językowe. Ale czasy. Pamiętam jak spotkaliśmy wszyscy jeszcze na Radwana. Te nasze szkolne przyjaźnie są naprawdę wspaniałe. Zawsze mogę polegać na naszej ekipie, gdyby była potrzeba.
Ustaliliśmy wspólnie, że my chcemy swoje pogrzeby na wesoło. Żeby koleżeństwo wspominało nas w ostatnich pożegnaniach jako królów życia. A dlaczego się nie mówi królowa życia, ale jest królowa balu, a życie to bal przecież.