Moja lista blogów

sobota, 24 stycznia 2026

Florida "on my mind- just an old sweet song".

 Ogłaszałam wszem i wobec  w październiku na FB i IG  o 20. rocznicy poznania mojego Gospodarza. Szampan wypito  tylko w Gryfowie😁Teraz czas na pierwszy wspólny wyjazd na Florydę. Również wielkie dwa zero temu. Nie powiem, że jakby wczoraj, bo tyle się wydarzyło w ciągu tych lat, że może jakby podwójnie. Tylko ja wiecznie młoda👍👏 trochę młodsza od tego samochodu. Trzeba by liczyć do końca XX wieku😁 Post miał być na drugim -wspomnieniowym blogu, ale się pomyliłam.

Moją "wyspą zaczarowaną" w wędrówce po Stanach Zjednoczonych stała się Key West. Jeszcze na trzy tygodnie przed wyjazdem na spotkaniu z moimi koleżankami "wiedźmami"/ te co wiedzą/  nie miałam jednak pojęcia, gdzie znajduje się jakieś Key West, gdzieś na Florydzie. To karaibski raj na terenie USA. Mój  wtedy boy-friend, pracownik RPM Nautical Foundation zabrał mnie w podróż drogą odkrywców skarbów zatopionych statków, niestrudzonych i wiecznych podróżników. Przecież nie wiedział, że wychowałam się na Szklarskim, Fiedlerze, Nienackim, a  Verne, Kipling, Jack London to beztroskie moje dzieciństwo. Ten szalony fantasta zabrał mnie w podróż, gdzie każdy dzień był przeniesieniem w świat moich dawnych marzeń. 

Kim odpoczywa  zadowolony😀

Wyjechałam jeszcze z mroźnej Polski, jakby teraz, a wylądowałam w raju. Najpierw w Miami, a potem   katamaranem z Naples  na Key West w 3.5 godziny. Chyba z kapitanem Nemo przeszklonym statkiem oglądałam morskie głębie i bogactwo ekosystemu raf koralowych z obfitością ryb, meduz, ślimaków, krabów, morskich żółwi i delfinów oraz niezwykłej roślinności. Wspomniane organizmy w wodzie i na pomnikach, fontannach, galeriach sztuki.

Z Melem Fisherem odkrywałam fortuny z zatopionych statków, a towarzyszył mi również Asa F. Tift, najbogatszy w 1856 roku master wrecker/ poszukiwacz wraków/. Amerykanie uwielbiają historię jak żywą, a więc muzea są pełne woskowych figur, albo przewodnicy- aktorzy odgrywają swoje historyczne role z autentycznymi rekwizytami wspomagani przez współczesne audio-wideo i lasery. To naprawdę robi wrażenie, zwłaszcza, gdy pod koniec zwiedzania mój romantyczny pirat kupuje mi biżuterię z zatopionych statków...w sklepie z pamiątkami. 

Key West najbardziej na południe wysunięty punkt USA , 90 mil od Kuby. To od ponad 40 lat The Conch Republic. Utożsamia wolny pełen relaksu hedonistyczny styl życia, jak ten ślimak, którego ogromna muszla queen conch jest symbolem republiki.
Bohaterem wyspy jest również Henry Flagler, który w 1905 roku był jednym z najbogatszych ludzi świata. Mając 75 lat zaanonsował Amerykanom, że wybuduje kolej w morze, które połączy Miami i wyspy Floryda Keys aż do Key West.  Ok. 300 km. Wszyscy znacząco popuakali się w głowy, ale marzenie przemysłowego magnata się spełniło i 8 lat później w 1912 roku otwarto ósmy cud świata podczas największych uroczystości w historii Florydy. Był to olbrzymi triumf i kulminacja legendarnej kariery Henry'ego Flaglera. W jego hotelu The Breakers w Palm Beach urządzonym w bizantyjsko-imperialnym przepychem doznawałam  wtedy prawdziwego culture shock.
A teraz przejdziemy się na ulice  wyspy Key West, która ma 6km długości i 3 km szerokości Tam   kontemplujemy skupisko najczarowniejszej architektury świata, wiktoriańsko-hiszpańsko-śródziemnomorskiej o jedynym w swoim rodzaju kolonialnym stylu.

 Jego cechą charakterystyczną są jasne pastelowe kolory, kolumienki, okiennice, balkony, wyrafinowane okna, arabeski, koronkowe kraty, łuki zakamarki z rozłożonymi hamakami wśród bajecznej sub -tropikalnej przyrody. 

Wyspę do 1815 roku posiadali Hiszpanię, a następnie za 2000 dolarów sprzedano ją amerykańskiemu finansiście w barze przy winie. Zaczął się wtedy wreckers paradise raj dla poszukiwaczy skarbów zatopionych statków.

Główna ulica Duval Street rozciąga się od Zatoki Meksykańskiej do Atlantyku. Promenada tak piękna, że dech zapiera. Czy dniem czy nocą jest pełna ludzi, tłumy przelewają się w jedną i w drugą stronę.
Na żadnej innej ulicy nie ma tylu galerii sztuk, klubów muzycznych, restauracji, barów, knajpek, sklepów i sklepików. 

Ten eklektyzm żywego muzeum czarownej architektury i współczesnego próżnego życia emocjami dławi człowieka w gardle. Z rozedrganego tłumu można wejść w zacisze patia klubów i usłyszeć najpiękniejsze wykonanie Summer time.

Gdy w ogródkach wewnętrznych dziedzińców, wśród rajskiej przyrody o północy w temperaturze 27 stopni i w miłym towarzystwie wypijesz kilka lampek wina przy kolacji, można poczuć zadowolenie. Świadkiem tego  będzie tropikalna przyroda i zaklęte w swojej urodzie majestatyczne piękne domostwa dawnych właścicieli Key West. Niestrudzonych odkrywców skarbów i sybarytów minionych epok. 
Tam w latach 30. mieszkał Ernest Hemingway ze swoją drugą żoną i regularnie upijał się w  słynnym barze Sloppy Joe`s Bar. Potem przeprowadził się na Kubę, a jego żona została tam do swojej śmierci. Dom jest obecnie muzeum. Zdjęcia domu znajdę.



Najstarszy dom na Key West z  ok. 1850 r.

W środku baru dużo zdjęć pisarza i ryb, które złowił.

Dużo Polaków mieszka na Key West  czym byłam zaskoczona. W księgarniach popularne są poradniki Jak porzucić wyścig szczurów i zamieszkać w raju. Nic dziwnego, że Ernest Hemingway i Tennesse Williams napisali tam najlepsze swoje dzieła. To naprawdę inspirujący raj.

A teraz w moim województwie są ferie zimowe, a ja dostaję pozdrowienia z całego świata i w różnych językach, bo o to proszę moich uczniów. Są na Seszelach, Egipcie, Tajlandii, Dominikanie, jak również w Alpach,  Tatrach i Arłamowie w Bieszczadach. Chętnie by tam zostali internowani😀. A ja w Górach  Świętokrzyskich👍💓

Gdzie byliście najdalej od kraju? Przypomniało mi się powiedzenie  I miss you to the moon and back.tęsknię za toba tak bardzo jak do księżyca i z powrotem💓 Czy będąc daleko tęskniliście za domem?

poniedziałek, 19 stycznia 2026

Filharmoniczne derby Kielc i Radomia.

   Z dedykacją dla  prawie krajana Lech

Czy wiecie, że w dawnym województwie kieleckim do roku 1975, gdy było jeszcze 17 województw, znajdowały się Radom i Sandomierz ?  To chyba tylko ludzie tutaj mieszkający pamiętają dawne animozje między Radomiem a Kielcami. Sandomierz nie lubił Tarnobrzegu z rzeszowskiego. Potem powstały nowe województwa, radomskie i tarnobrzeskie. A Sandomierz, takie historyczne, królewskie miasto dużo stracił na rzecz siarkowego Tarnobrzegu. Obecnie Radom jest w województwie mazowieckim, Sandomierz w świętokrzyskim, a Tarnobrzeg  w podkarpackim.

Jestem przekonana, że podobne animozje mały miejsce w wielu województwach, albo nadal występują. Czy coś pamiętacie na ten temat? 

Pierwszy raz mi się tak ciekawie złożyło, że dzień po dniu byłam w Kielcach i Radomiu na koncertach filharmonicznych.  Ściśle mówiąc Radom ma orkiestrę kameralną, w skrócie ROK.

Swego czasu, a już dawno temu, do tych miast jeździłam  na wagary, żeby nas nikt nie poznawał. W Kielcach  spacerowało  się deptakiem na ulicy Sienkiewicza, a w Radomiu Żeromskiego. Obydwa wspomniane miasta mają też te ulice na odwrót. Bo na przykład obecna,  bardzo nowoczesna siedziba filharmonii kieleckiej mieści się na ulicy Żeromskiego 12, a w Radomiu przy Żeromskiego 53. Ulica Sienkiewicza w Radomiu to zabytkowe secesyjne kamienice i Bazylika NMP.

Historia filharmonii w Kielcach sięga roku 1920, kiedy to rozpoczęła działalność orkiestra symfoniczna stworzona na bazie orkiestry dętej 4 pułku Piechoty Legionów. Po wojnie aż 22 jej członków weszło w skład wojewódzkiej orkiestry symfonicznej, która zainaugurowała swój sezon już w 1945 roku. A potem się potoczyło. Powstał też stuosobowy chór Echo. Orkiestra występowała w różnych kieleckich salach koncertowych. Aż w roku 2012 znalazła stałą siedzibę w Międzynarodowym Centrum Kultur  przy ul. Żeromskiego 12 i dostała nazwę Filharmonia Świętokrzyska im. Oskara Kolberga. 


Natomiast Radomska Orkiestra Kameralna, która nawiązuje do tradycji orkiestry symfonicznej działającej w Radomiu od 1953 roku, powstała w 2007 roku jako instytucja kultury miasta i występuje w sali koncertowej na dziedzińcu Pałacu Sandomierskiego. Pałac pochodzi z 1827 roku, natomiast budynek  sali koncertowej z 1964. ROK  ma16 etatowych muzyków.

Pałac Sandomierski z lewej strony.

Tak  pisarze regionu kieleckiego Sienkiewicz i Żeromski łączą oba miasta.👍😀 Łączą pewnie całą Polskę.

Koncert symfoniczny Przeboje mistrzów, który podziwiałam odbył się 16 stycznia w  Filharmonii Świętokrzyskiej w Kielcach i przedstawił nam najwybitniejsze  dzieła klasyki. Dostarczył  emocji na najwyższym poziomie artystycznym. 

Repertuar został dobrany tak, aby ukazać pełnię możliwości kieleckiej orkiestry symfonicznej poprzez utwory trzech gigantów muzyki.  Najpierw W.A. Mozart- Uwertura do opery Cosi fan tutte. Lekkie i precyzyjne otwarcie, które wprowadziło nas w klasyczny nastrój. 

Sergiusz Rachmaninow- Rapsodia na temat Paganiniego. Gwiazdą wieczoru była pianistka Beata Bilińska, której interpretacja 24 wariacji zachwyciła nienaganną techniką i głębokim ciepłym dźwiękiem. Artystka z sukcesem oddała zarówno wirtuozowski rozmach jaki liryzm słynnej 18. wariacji. 

W przerwie koncertu odbyły się wernisaże dwóch wystaw, co nadało wieczorowi wielowymiarowy charakter: „Jedno serce – tysiące barw” – zbiorowa wystawa prac studentów Instytutu Sztuk Wizualnych UJK w Kielcach  oraz „Ponidziańskie pejzaże” – wystawa fotografii Piotra Walerona.  Prace oglądaliśmy na trzech poziomach.  Nogi się rozchodziły.😀

L.van Beethoven- V Symfonia c-moll  to finał koncertu w postaci ikonicznego motywu losu. Orkiestra pod batutą Jacka Rogali zaprezentowała potężne brzmienie i dramatyzm spotykając się z entuzjastycznym przyjęciem.  Słuchanie  V Symfonii wywołuje bardzo silne refleksje. Słynny motyw czterech dźwięków jako „los pukający  do drzwi” przypomina o ludzkich możliwościach. Refleksja często dotyczy tego jak osobiste dramaty zmieniamy w triumf, co było bezpośrednim odniesieniem postępującej głuchoty kompozytora. Symfonia pokazuje drogę „od mroku do światła” z c-moll do C-dur. Słuchacz doświadcza przejścia od niepokoju i walki w pierwszej części, poprzez liryczne wytchnienie, aż po euforyczne zwycięstwo w finale. Jak nasze życie. Tyle myśli kłębiło się w głowie. Mimo upływu ponad 200 lat energia tego utworu pozostaje nowoczesna. Tu widać geniusz kompozytora, słuchając utworu czułam cząstką ludzkiej kultury. Stwierdzę górnolotnie.
A tu z pewnością zarządzam fotografem.

Koncert Karnawał z Rokiem oglądałam  17 stycznia w Radomiu. Główną gwiazdą wieczoru był światowej sławy wiolonczelista László Fenyö, którego gra  była  mistrzowska i głęboko poruszająca. Pod batutą charyzmatycznego dyrygenta Jurka Dybała orkiestra zaprezentowała odważny program łączący tradycję z nowoczesnością.

Były to utwory Enjotta Schneidera Solamita, Święte tańce, utwór na wiolonczelę i orkiestrę, który wprowadził słuchaczy w mistyczny nastrój. Oraz  Aulisa  Sallinena  Nocne tańce Don Kichota-  z kolei kompozycja pełna muzycznych kontrastów. 

Mnie bardziej podobała się druga część -Astor  Piazzolla Cztery pory roku w Buenos Aires, jako podróż przez duszę argentyńskiego tanga, gdzie geniusz Vivaldiego był też słyszalny. Również jazz, ale przede wszystkim energetyczne, a czasami melancholijne tango. To  był fascynujący dialog między barokową Europą, a  20-wieczną Argentyną.

Moje ulubione zdjęcia w lustrze.

Koncert udowodnił, że karnawał w filharmonii nie musi opierać się wyłącznie na popularnych walcach Straussa. Dzięki wysokiemu poziomowi artystycznemu wiolonczelisty, który należy do światowej elity muzyków, otrzymaliśmy wieczór pełen artystycznej świeżości. Sala była wypełniona 👍👏

 Oba koncerty były znakomite, chociaż trudno porównywać, bo zupełnie inna muzyka. Jednakże muszę w tym muzycznym derby głównych miast dawnego województwa kieleckiego dać zwycięstwo Kielcom. Słuchanie V symfonii Beethovena  na żywo to moje najwspanialsze muzyczne doświadczenie.  Nawet Penderecki zachwycał się akustyką w kieleckiej filharmonii.

Spacer w zimowym anturażu obydwu miast i w towarzystwie miłych koleżanek był jednakowo cudowny. Również z Honorowym Obywatelem Radomia- Leszkiem Kołakowskim na kawie można przysiąść. Też na  ulicy Żeromskiego przy Placu Konstytucji.


Oczywiście ulica Żeromskiego w Radomiu👍
Pomnik w głębi. Korona na lampie z herbu Kielc.


Plac Wolności, gdzie kiedyś przybyła "Kadrówka" z Piłsudskim.

Żeby nie było podsumowania o moim nieczęstym chodzeniu do filharmonii czy teatru, to przypomnę wspomnienie sprzed lat opera, z kolejną dedykacją dla Lecha i Guciamal, bo tam jest jej komentarz😀

Może podzielicie się swoimi wspomnieniami związanymi z filharmonią?

czwartek, 8 stycznia 2026

Trzech Króli z Królem życia.

       Zauważam, że coraz mniej ze swoimi przyjaciółmi rozmawiamy. Wysyłamy  krótkie wiadomości i zdjęcia via telefon, Messenger, WhatsApp, Signal. Maili nawet nie chce się pisać, bo za długie. Dlaczego się nie spotykamy? Bo każdy obwarowany jest swoimi umówionymi spotkaniami. Najczęściej z rodziną, dziećmi, wnuczętami, swatami, starszymi żyjącymi rodzicami, wyjazdami do sanatorium, wycieczkami do  SPA, prelekcjami. Niektórzy jeszcze czasowo pracują. Ja też.  Mam  męża zamiejscowego. Inni mają partnera dojeżdżającego. Zdarza się mieć wolny czas, wtedy czytamy książki, oglądamy telewizję, sprzątamy dom, robimy zakupy, mamy różne zorganizowane zajęcia.  Powoli odchodzimy od rytuałów wspólnych  spotkań. Aż dziwne mi się to wydaje, mnie, takiej towarzyskiej osobie.  Czasami nawet  nie chce  mi się zadzwonić i umówić z koleżankami, bo im ciągle coś nie pasuje. Przeglądam telefon i zastanawiam się z kim chciałabym się spotkać.

W związku z tym ostatnie święto Trzech Króli spędziłam sama.  W ubiegłych latach było tak wesoło. Dzieci ubierałam w korony, które same robiłyśmy. W cieście ukrywałam migdała, szykowałam jakieś upominki. A teraz zima nam dopisała, córki ruszyły na narty.  Zabrały mi moje małe skarby.  Właściwie to uwolniły mnie od obowiązków. Obok mojego miasta są doskonale zorganizowane stoki narciarskie. Sama uwielbiałam jeździć, ale skręciłam sobie kolano i koniec tej przyjemności.

Przed obiadem wyszłam na spacer. Nastawiłam sobie wcześniej przygotowane mięso z warzywami. Z zamrażarki wyjęłam ciasto świąteczne, a białe gruzińskie wino włożyłam na półkę w lodówce.

W małym starym lasku.

Mieszkam w starej dzielnicy miasta, na osiedlu zwanym "Sienkiewiczowskim", gdzie pod koniec lat 50. zaczęto stawiać pierwsze bloki w moim mieście. Po drugiej stronie idąc  schodami w dół ulicą Czerwińskiego, dochodzimy do ulicy Kuźnia. Tak tak, kiedyś tu była prawdziwa kuźnia. W końcu jesteśmy w hutniczym mieście. A tuż obok mamy prawdziwe fińskie domy. Czy słyszeliście o takich domach, mieliście lub macie u siebie w mieście? 

Występowały kiedyś głównie na Górnym Śląsku, a także w Gdańsku i Warszawie. Sprowadzono je głównie z Finlandii za węgiel i koks, aby złagodzić tzw. głód mieszkaniowy po wojnie./trwa od 80 lat/ Pomysłodawcą transakcji wiązanej z Finami był  ówczesny minister górnictwa i energetyki. 

Polska za sprzedany węgiel do Finlandii w latach 50. otrzymywała domki składane z prefabrykatów. Powstawały całe osiedla tych domków, przede wszystkim w okolicach kopalni i dostawali je zasłużeni przodownicy pracy. W Gdańsku -Wrzeszczu ulicom, przy których budowano fińskie domki nadano nazwy kopalniana Górnicza Koksowa.  guciamalpewnie coś o tym wie. 

Polska otrzymywała je również jako reparacje wojenne za pośrednictwem ZSRR. Przykładowe domki fińskie były lokowane na peryferiach miast, często nie było tam kanalizacji, a ubikacje znajdowały się na podwórku i również komórki na węgiel. Ale posiadały piękne ogródki i dużą powierzchnię. Były zachwycające w tamtych czasach. Ludzie zapomnieli, że domki w moim mieście postawione były na działkach należących  kiedyś do żydowskich właścicieli. Tam  był tartak braci Heine.

U nas zmodernizowane domki fińskie stoją do dzisiaj, aczkolwiek służą jako lokale zastępcze dla ludzi w potrzebie.  A obok wyremontowano już współczesny budynek jako Dom sąsiedzki, służący jako świetlica, tak się kiedyś mówiło.

Potem poszłam dalej, bo akurat ruszał orszak królewski z jednej parafii. Słychać było śpiew kolęd. Stanęliśmy przy ulicy z paroma osobami i robiliśmy zdjęcia.



Obok mnie zdjęcia robił taki miły facet. Zagadałam go mówiąc, ale fajna impreza i pogoda nam dopisała. A on chyba tylko na to czekał i zaczął monolog opowiadając o całym swoim życiu. Od razu zorientowałam się, że to samotny człowiek i chce podzielić się z kimś swoim  satysfakcjonującym życie. Jesteśmy prawie sąsiadami i mieszkamy na dwóch starych osiedlach Sienkiewiczowskich, on w tzw. czerwonych blokach, a ja w białych.  Od wielu lat są otynkowane, a nazwa pozostała od czerwonej i białej cegły. Ja mieszkam tutaj od niedawna, i białą cegłę nawet odsłoniłam👍👏tu w świątecznym wydaniu.

 Znam  tylko najbliższych sąsiadów.

Przedstawiamy się. Witek przyznaje, że ma blisko 70 lat, ale nadal pracuje. Ale na Śląsku, gdzie pracodawca płaci mu za mieszkanie. Teraz jest na zwolnieniu z powodu operacji na zaćmę. Bardzo jest dumny ze swojej pracy i z lekceważeniem mówi o tych, którzy siedzą w domach na kanapach korzystając wcześniej z socjalnych zasiłków, oglądając telewizję i narzekając na swojej emerytury.

Z satysfakcją mówi o swoich dwóch synach, wnuczętach, ale rzadko ich ogląda, a najczęściej wtedy, gdy potrzebują jakiś drobnych napraw w domu. On sam jest specjalistą od maszyn i urządzeń. Rozwiódł się w wieku dojrzałym po pięćdziesiątce. Widuje się czasami  ze swoją byłą żoną na uroczystościach rodzinnych. Rozstali się po przyjacielsku. Witek jest spokojny, zrównoważony, dobrze wygląda i mówi, że nic nie chciałby zmienić w swoim życiu. Nie próbuję nawet szukać jakiejś towarzyszki do życia. Dobrze się czuje sam. Spędził w tym mieszkaniu  całe życie, bo kiedyś mieszkał tu z rodzicami. Nie spotyka się ze swoimi dawnymi kolegami, bo nie odpowiada mu czas spędzany przy telewizji, piwie czy nadmiernych posiłkach. On lubi spacerować po mieście i pracować. Jeździć na wczasy.  Bardzo chwalił swojego śląskiego pracodawcę. Zorientowałam się, że to małe przedsiębiorstwo, ale bardzo dobrze  zarządzane.

Wolnym spacerem ulicą Kuźnią doszliśmy do Czerwińskiego i tam się rozstaliśmy. Witek nie proponował mi kawy czy herbaty. Odszedł spokojnie do bloku nr 12. A ja z pośpiechem ruszyłam do swojego mięsa nastawionego długo wcześniej.  Okazało się wyśmienicie miękkie, ale nie wysuszone. A gruzińskie białe wino Kazbek Peak doskonale dopełniało całości.  Sernik na ciepło był też wspaniałym deserem. 

A potem poszłam na drugi spacer. Najpierw do parku, niedaleko domu,


a potem ulicą Iłżecką na Rzeczki i doszłam  prawie do skraju Puszczy Iłżeckiej  czyli Gutwinu. My mówimy "Goodwin". Doskonałe toponimia w nazwach.

Stary domek na Rzeczkach.
Dobrze się czułam sama. I słońce w kapeluszu😀

 Czy macie podobne rozmyślania?  Czy nadal pracują  wasi znajomi będący w wieku emerytalnym?

PS Piątek, 9 stycznia. I nagle znalazł się czas, żeby spotkać się z paroma znajomymi. Dlaczego?  Bo przyszliśmy na pogrzeb koleżanki. Od prawie 30 lat należę do Towarzystwa Absolwentów II LO im. J. Chreptowicza w moim mieście i jestem dosyć aktywną członkinią. Nasze liceum istnieje od początku XX wieku.  Ogromną dumą "chreptusa" są zjazdy szkolne organizowane od  końca lat 50. Co 5 lat. Oraz coroczne walne zebrania, gdzie  również spotyka się spore grono absolwentów. Znamy  wielu ludzi różnych roczników. Szczególnie, gdy zostali w naszym mieście. Koleżanka, która nagle zmarła była 9 lat starsza i mieszkała w moim bloku.  Czasami pomagałam jej zanieść zakupy na górę. Miała problemy z chodzeniem, a od lat  nie opuściła żadnego zebrania, ani zjazdu. Zawsze zastanawiałam się jak wychodzi na swoje 4 piętro.

Po pogrzebie  w cztery osoby poszliśmy do restauracji na obiad. Muszę przyznać, że spędziłyśmy razem bardzo miły czas. Nasz kolega Irek zabawiał nas wspomnieniami z wcześniejszych  spotkań i innym męskim gadaniem  prawie pod hasłem wino, kobiety i śpiew, a my podsumowałyśmy świąteczno-noworoczny czas. Jedną koleżankę znam od podstawówki, i obozów harcerskich, a drugą od liceum i do tego łączą nas od lat kontakty zawodowe. Znała też kiedyś mojego pierwszego męża RIP. Jeździli razem na kolonie językowe. Ale czasy. Pamiętam jak  spotkaliśmy wszyscy jeszcze na Radwana. Te nasze szkolne przyjaźnie są naprawdę wspaniałe. Zawsze mogę polegać na naszej ekipie, gdyby była potrzeba.

Ustaliliśmy wspólnie,  że my chcemy swoje pogrzeby na wesoło. Żeby koleżeństwo wspominało nas w ostatnich pożegnaniach jako królów życia. A dlaczego się nie mówi królowa życia, ale jest królowa balu, a życie to bal przecież.

 


piątek, 2 stycznia 2026

Impreza sylwestrowa w saunie? Why not?

 Sylwester 2025/ 26 w saunie, jacuzzi i basenie...

Jeśli nie masz jeszcze planów na Sylwestra przyjdź na naszą imprezę Happy nude Year 31 grudnia. Kameralne przyjęcie sylwestrowe na luzie, totalny relaks, detoks dla ciała i umysłu, bez fryzjera, specjalnych kreacji i niewygodnych szpilek. Zabierz tylko swój strój Adama i Ewy, ewentualnie kilt pareo. Podaruj sobie magiczną saunową noc sylwestrową. 

Sześć ceremonii saunowych w saunie fińskiej przygotowują fantastyczne sauna mistrzynie- Marta i Ilona.

Aromatyczne zabiegi na ciało i włosy, peelingi, odżywki, zapachy eukaliptusowe i mentolowe,

Idealna okazja dla każdego kto dopiero zaczyna przygodę z nudyzmem lub saunowaniem. 

Śnieg za oknem, a my w przytulnym, ciepłym, a nawet gorącym miejscu. 

Szwedzki stół, owoce, przekąski, dania gorące, napoje. 

Świetna muzyka taneczna, podczas saunowych seansów oraz przy basenie. 

 I co wy na to?

A ja skorzystałam z tej oferty i świetnie się bawiłam. 

Na parę dni przed sylwestrowym odliczaniem znalazłam  takie reklamy z  różnych hoteli u podnóża Gór Świętokrzyskich.  Otwieram, i co widzę? Sąsiedzkie miasto nad Kamienną- Starachowice, gdzie znajdują się dwa wygodne hotele, Senator i Europa. A w moim mieście, prawie dwa razy większym ani jednego takiego szykownego  i dużego przybytku. Wybrałam na wypoczynek jeden z nich. 




Sylwestrowe przyjęcia w saunie zyskują na popularności jako alternatywa dla hucznych balów, czy domówek. Skupiają się na głębokim relaksie i regeneracji przed nowym rokiem.  Impreza zaczyna się o 21.00. A zanim poszłam, to parę chwil spędziłam z Ojcem Chrzestnym😀

Warto zainwestować w zdrowy początek roku- bo saunowanie wspomaga odporność, przyspiesza metabolizm i pomaga w detoksykacji organizmu.


Kluczową zasadą bezpieczeństwa jest zakaz picia alkoholu i stałe nawodnienie. 

Ja właściwie nie powinnam korzystać z sauny, bo mam chore oko, ale tak lubię banię, łaźnię turecką, czy  saunę fińską, że nie mogę sobie odmówić tej przyjemności.

W przestrzeni SPA obowiązuje pewien ważny savoir -vivre, czyli korzystanie z sauny bez tekstyliów/ kostiumów kąpielowych/ dla lepszego efektu zdrowotnego i higieny. Może być ręcznik lub specjalny kilt pareo. Ale w basenie, czy saunie- łaźni tureckiej już na golasa. Światła są lekko przyćmione, jest ciepło, przyjemnie i leniwie. Bardzo relaksująco.

Bardzo mi się podobał się  mój sylwester w hotelu Europa. Szczególnie ta atmosfera uspokojenia, łagodności, akceptacji, takiego prawdziwego wellness. To impreza poza schematem, w  ciszy swojego umysłu i z bliskością natury. Niektórzy wychodzili na dwór po seansie i spacerowali po śniegu. A ich powiększone cienie było widać na zasłonach okiennych. Bajkowo to wyglądało. Ja się nie odważyłam. Wystarczył mi lód ze „studni” lodowej.  Niektórzy mieli specjalne czapki na głowę. To dobry pomysł.

Peeling w saunie mokrej, jakby łąźni tureckiej okazał się wyjątkowo przyjemny. Aczkolwiek dla mnie była  za wysoka temperatura.  Żałowałam, że z powodu mojego chorego oka musiałam wychodzić wcześniej  z seansów saunowych.  Zazwyczaj towarzyszyły nam podczas seansu w saunie trzy piosenki, mistrzynie tańczyły i wachlowały nas, używając różnych aromatów.  Wychodziłam zwykle po pierwszej piosence. Wcześniej po pobycie w gorących źródłach w Islandii czy saunie w Świeradowie, już kilkakrotnie pogarszał się stan mojej rogówki. Tym razem wolałam nie ryzykować.

Cisza umysłu nie wykluczała muzyki w ogóle. Wręcz przeciwnie. Cały czas towarzyszyła nam kultowa muzyka taneczna, rock`n`roll,  latino, anglosaski pop i polska muzyka rockowo-popowa. Tańczyliśmy na siedząco w saunie i na stojąco wokół basenu. Przy koktajlowych stolikach spożywaliśmy lekkie posiłki prowadząc spokojne rozmowy, uśmiechając się pod nosem. Bo jak może być inaczej, gdy rozmawiasz w tunice na rzep, która coraz bardziej zsuwa się po biuście, lub w szlafroku, gdy pasek się rozwiązuje, a facet rzeczywiście tylko w pareo na biodrze. To tak jak na wakacjach na plaży. Zrelaksowani ludzie są wobec siebie mili, i taktowni. Przechodzimy swobodnie na ty. Mistrzyni pokazów saunowych dba o poprawność relacji. Uczestnicy są świadomi, że w razie naruszenia norm, mogą być wyproszeni z imprezy. Np.  w sytuacji uporczywych spojrzeń.

Na tym kameralnym przyjęciu jest 32 gości, dwie panie prowadzące oraz kilkoro osób z obsługi, którzy dyskretnie pojawiali się, gdy my byliśmy w saunie. Ja wychodziłam wcześniej, to się z nimi spotykałam. Ludzie przyjechali z Warszawy, Łodzi, Lublina  mówiąc, że tutaj jest lepsza kameralna atmosfera i  przystępniejsze ceny. Pojawili się również lokalni mieszkańcy, jak ja. Przyjechałam pociągiem.👍👏

Zdj przed imprezą. Potem był zakaz używania telefonów.

Pomimo tak przyjemnej, życzliwej atmosfery zauważyłam, że panie  krępują się swojego ciała bardziej niż mężczyźni, którzy bez problemu zsuwają swoje pareo idąc do basenu.  Niektóre panie chyba nie umiały pływać.  Korzystają z jacuzzi, które na szczęście ma temperaturę niższą niż ciało i ma mocne masujące wiry. Jest cudownie orzeźwiające. Ale w siatkówkę  basenową panie świetnie grały i nie dały zwycięstwa bez walki. Panów było  nieznacznie więcej. Wiekowo między 40-60 lat. Basen jest podświetlony. Przypominała mi się erotyczna atmosfera z filmu Basen z Alainem Delon, Romy Schneider i Jane Birkin.

Na wygodnym leżaku rozmyślałam  bez presji o nadchodzącym roku, o swojej wiedzy, której nie trzeba marnować na nicnierobienie, o swoim zdrowiu, z którego jestem dumna i o córkach, które wreszcie poszły swoją drogą, o swoich dotychczasowych osiągnięciach i tak w ogóle zupełnie optymistycznie. Dawno tak dobrze się nie czułam.

Po wspaniałym noworocznym śniadaniu, ruszyłam  ośnieżoną ulicą Radomską na dworzec. Te sanie ruszyły w drogę👍👏


  Padały drobne płatki.  A na wysokości ronda z napisem Man/ dawny Star Starachowice/ zabrała mnie dalej taksówka. Bo czas oczekiwania był 40-minutowy.



Samochód jako pomnik w swoim mieście, J. Rewiński  śpiewał o swoim starym starze💓👍👏

Happy New Year na tle zaprzyjaźnionej szkoły językowej Speak  out w Starachowicach. Znajduje się koło dworca.

Aura jakby w Islandii.💓

Podziwiam rozwój mojego sąsiedzkiego miasta, które dzięki Specjalnej Strefie Ekonomicznej przyciągnęło mnóstwo inwestorów, a młody prezydent cieszy się dużą popularnością i sympatią.

Czy nadal celebrujecie tę dla wielu magiczną, aczkolwiek umowną datę? Czy może jakieś wspomnienia dawnych szalonych sylwestrów?