„Nie mam czasu na modlitwę”….


Za każdym razem, gdy otwieramy pierwsze karty Biblii, wracamy do początku wszystkiego, do chwili, w której Bóg wypowiedział światło w sam środek ciemności, a życie powołał do istnienia. Opowieść o stworzeniu nie mówi jedynie o tym, jak zaczął się świat. Mówi o tym, jak Bóg działa do dziś: jak z chaosu wydobywa światło, porządek i piękno. I w każdej nowej porze zaprasza także nas, abyśmy tworzyli, troszczyli się, cieszyli się życiem.

W żydowskiej tradycji biblijnej rok po roku wraca się do pierwszych słów Księgi Rodzaju: „Na początku”. To świadomy powrót do źródeł, do opowieści, która nie tylko opisuje początek świata, ale także uczy, jak Bóg działa pośród chaosu.

„I rzekł Bóg: Niech stanie się światłość. I stała się światłość. I nastał wieczór, i nastał poranek – dzień pierwszy.” (Rdz 1,3.5)

Zanim pojawiły się gwiazdy i zanim słońce zaczęło ogrzewać ziemię, istniało światło, ale nie takie, jakie zna ludzkie oko.

W języku hebrajskim Księga Rodzaju mówi, że Bóg stworzył אוֹר (or), samo światło, pierwotną jasność, pierwszy blask, który przeniknął ciemność. Następnie Pismo dodaje: „Światłość nazwał Bóg dniem (jom), a ciemność nazwał nocą (lajla)” (Rdz 1,5). To niezwykle istotny szczegół. Bóg nie tylko stworzył światło i ciemność. On je nazwał:

🌅 Jom (יוֹם)  dzień

🌙 Lajla (לַיְלָה)  noc

Na tym etapie stworzenia nie istniały jeszcze ani słońce, ani księżyc. Jom i lajla nie są więc źródłami światła słonecznego czy księżycowego; opisują raczej stany istnienia. Bóg, z bezładu, tohu wa-vohu (תֹהוּ וָבֹהוּ, Rdz 1,2), nadał kształt rzeczywistości, wprowadzając harmonię tam, gdzie wcześniej panował jedynie chaos. Od samego początku Bóg objawia się jako Ten, który przywraca równowagę.

Oddzielając światło od ciemności, Bóg czynił coś więcej niż tylko porządkował widzialny świat. Ustanawiał puls stworzenia – rytm, który niesie odnowę. W tej chwili rozpoczął się czas: pierwszy dar, przez który miały rozwinąć się wszystkie pozostałe.

Ten wzór powraca w całym Piśmie Świętym:

  • W Psalmie 104 stworzenie jawi się jak symfonia Bożego ładu: „Ugruntowałeś ziemię na jej podstawach… Ty sprowadzasz ciemność i zapada noc”.
  • W Ewangelii Marka (2,27) Jezus nawiązuje do tego samego rytmu, mówiąc: „Szabat został ustanowiony dla człowieka, a nie człowiek dla szabatu”, przypominając, że czas został dany jako dar, a nie jako ciężar.

Łatwo przeoczyć znaczenie czasu, bo żyjemy w jego wnętrzu. Wypełniamy dni zadaniami, gonimy terminy i mierzymy wartość życia tym, ile jesteśmy w stanie zmieścić w dwudziestu czterech godzinach. A jednak pierwszą rzeczywistością, którą Bóg uczynił świętą, nie było miejsce ani przedmiot, lecz rytm.

Stworzenie uczy nas, że świętość została wpleciona w upływ godzin, że sam czas jest przestrzenią świętą.

Gdy się spieszymy, tracimy z oczu ten Boży rytm. Żyjemy w ciągłym biegu, a jednocześnie często nie potrafimy jasno powiedzieć, dokąd właściwie biegniemy. Mówimy, że nie mamy czasu na modlitwę, na ciszę, na zatrzymanie, ale rzadko pytamy samych siebie, czym naprawdę jesteśmy tak zajęci. Obowiązkami, zadaniami, owszem. Tylko, że to nie tak ma być, nie do tego zostaliśmy stworzeni.

Nasze dni wypełnia nie tyle konieczność, ile napięcie i pośpiech. Gonimy za poczuciem kontroli, za byciem „na bieżąco”, za wrażeniem, że nadążamy, nawet jeśli wewnętrznie coraz bardziej się gubimy. W tym sensie zabiegani jesteśmy nie tyle sprawami, ile lękiem przed pustką, która mogłaby się pojawić, gdybyśmy się zatrzymali.

Dlatego mówimy, że „nie mamy czasu dla Boga”. Jakby Bóg był jednym z wielu punktów w kalendarzu. Jakby czekał na wolne okienko pomiędzy spotkaniami, wiadomościami i obowiązkami. Jakby należało Mu się kilka minut uwagi – o ile uda się je wygospodarować!

A Księga Rodzaju mówi coś dokładnie odwrotnego. Czas należy do Boga.

Był Jego pierwszym stworzeniem. Jest Jego nieustannym darem. Jest przestrzenią, w której Bóg spotyka człowieka. Poruszać się w czasie to poruszać się w rzeczywistości świętej, w rytmie zaprojektowanym przez samego Stwórcę. Czas nie jest neutralnym tłem naszego życia. Jest miejscem obecności Boga.

Dlatego nie jesteśmy wezwani do tego, by odkładać dla Boga drobne fragmenty naszego czasu, jakby reszta należała wyłącznie do nas. Nie chodzi o „małe porcje” oddawane Bogu. Cały czas jest Jego. Każda godzina, każdy poranek, każdy wieczór już do Niego należy.

Każdy wschód słońca to odnowione miłosierdzie (Lm 3,23). Każdy wieczór to pokój, który na nowo zstępuje (Ps 4,8).

Żyć wiernie nie znaczy więc „znaleźć czas na Boga”. Żyć wiernie znaczy uznać, że cały nasz czas jest już zanurzony w Nim.

Dopiero wtedy pośpiech traci swoją władzę. Dopiero wtedy czas przestaje być przeciwnikiem, a staje się darem. I dopiero wtedy odkrywamy, że Bóg nie domaga się od nas uwagi wykradzionej z napiętego grafiku, lecz zaprasza nas, byśmy szli z Nim przez każdą chwilę, w rytmie, który od początku świata zamienia chaos w ciszę.

 

Twój lęk i Twoje zmaganie… To miejsce, w którym Bóg walczy o Ciebie


Dziś chciałabym zatrzymać się przy fragmencie Pisma Świętego, który rzadko przyciąga naszą uwagę. Najczęściej sięgamy po Ewangelię, Psalmy czy Mądrość Syracha, podczas gdy wiele historii Starego Testamentu pozostaje na marginesie naszego czytania. A szkoda, bo to właśnie tam odnajdujemy opowieści bardzo ludzkie, pełne napięcia, lęku i wewnętrznej walki, które w zaskakujący sposób dotykają również naszego życia.

Dlatego dziś chciałabym spojrzeć na kilka wersetów z Księgi Rodzaju, opowiadających o historii Jakuba i Ezawa. To fragment, który nie jest łatwy ani jednoznaczny, a przez to często bywa pomijany. Nie ma tu prostych bohaterów ani szybkich rozwiązań. Jest natomiast człowiek, który musi zmierzyć się z własną przeszłością, z lękiem przed spotkaniem z bratem oraz z Bogiem, który nie omija trudnych miejsc, ale wchodzi w sam środek ludzkiego zmagania.

Jakub jest synem Izaaka i wnukiem Abrahama, a Biblia przedstawia go jako młodszego z dwóch braci. Jego starszym bratem jest Ezaw. W młodości Jakub dopuścił się podstępu: wykorzystując słabość brata, odebrał mu prawo pierworództwa, a później, przy pomocy matki, zdobył także błogosławieństwo należne Ezawowi. Gdy prawda wyszła na jaw, Jakub musiał uciekać, obawiając się zemsty i gniewu brata. Po wielu latach wraca w rodzinne strony. Wysyłając posłańców do Ezawa, Jakub wie, że nie chodzi tylko o spotkanie po długiej rozłące. Wraca z ciężarem dawnych decyzji, z poczuciem winy i ze świadomością krzywdy, która nigdy nie została naprawiona. Nie wie, czy czeka go pojednanie, czy ponowne odrzucenie.

Dlatego zaczyna się przygotowywać. Dzieli swój obóz na części, przewiduje różne scenariusze, modli się i jednocześnie zabezpiecza się na wypadek najgorszego. Z jednej strony ufa Bogu i pamięta o obietnicach, które otrzymał. Z drugiej strony zachowuje się tak, jakby wszystko zależało wyłącznie od niego. W tym napięciu widać człowieka, który wierzy, ale jednocześnie bardzo się boi. Ta scena jest niezwykle bliska naszemu doświadczeniu. Jakub nie jest bohaterem bez skazy. Jest kimś, kto próbuje pogodzić wiarę z lękiem, nadzieję z pamięcią o własnych błędach. Modli się, ale jednocześnie układa plan awaryjny. Prosi Boga o ochronę, a w sercu wciąż przygotowuje się na możliwość porażki. Wiara nie usuwa w nim strachu, ale towarzyszy mu w drodze.

Gdy wszystko zostaje przygotowane, a rodzina Jakuba przechodzi na drugą stronę rzeki, on sam zostaje w końcu zupełnie sam. I właśnie wtedy dochodzi do wydarzenia, które zmienia wszystko. Ta samotność nie jest przypadkowa. Jakub po raz pierwszy od wielu lat nie musi niczego planować, nikogo chronić ani przed nikim uciekać. Zostaje sam ze sobą, ze swoją historią i z Bogiem, którego obietnicom ufa, ale którego drogi wciąż do końca nie rozumie.

Właśnie w tej ciszy dochodzi do wydarzenia, które całkowicie zmienia bieg opowieści. Jakub zmaga się przez całą noc z tajemniczą postacią. Biblia nie mówi wprost, kim jest tajemnicza postać, z którą Jakub zmaga się przez całą noc. Tekst pozostawia przestrzeń na pytania i nie daje jednoznacznych odpowiedzi. Jedni widzą w niej anioła, inni samego Boga, jeszcze inni dostrzegają w tej walce zmaganie Jakuba z własnym lękiem, winą i przeszłością, od których przez lata uciekał.  Nie jest to zwykła walka, lecz zmaganie, które dotyka samego wnętrza Jakuba. Ta wieloznaczność nie jest przypadkowa. Dzięki niej ta scena nie zamyka się w jednym obrazie, ale otwiera się na doświadczenie każdego człowieka.

Nie chodzi tu o siłę ani o zwycięstwo. Jakub nie próbuje pokonać przeciwnika, ale nie chce też puścić. Trwa w tym zmaganiu uparcie, aż do świtu, jakby wiedział, że jeśli teraz odejdzie, coś w nim pozostanie nierozwiązane. Gdy zostaje zraniony, nie rezygnuje. Przeciwnie – domaga się błogosławieństwa. To niezwykle ważny moment: Jakub, który przez całe życie brał i zdobywał podstępem, teraz prosi wprost.

W odpowiedzi słyszy słowa, które zmieniają wszystko. Otrzymuje nowe imię. Nie będzie się już nazywał Jakub, lecz Izrael, czyli ten, który zmagał się z Bogiem i z ludźmi i pozostał wierny mimo bólu. Zmiana imienia oznacza zmianę tożsamości. Jakub nie przestaje być sobą, ale przestaje być definiowany wyłącznie przez swoją przeszłość.

Wychodzi z tego spotkania zraniony i utykający. Ta słabość nie jest jednak znakiem porażki. Jest przypomnieniem, że prawdziwe spotkanie z Bogiem nie zawsze daje natychmiastowe ukojenie, ale zawsze pozostawia ślad. Jakub idzie dalej inny niż wcześniej: bardziej świadomy, bardziej prawdziwy, mniej pewny siebie, a bardziej otwarty.

Gdy nadchodzi poranek, Jakub w końcu spotyka Ezawa. Po nocy lęku, po zmaganiu, które dotknęło samego serca, staje twarzą w twarz z tym, czego bał się najbardziej. I wtedy wydarza się coś, czego nie potrafił przewidzieć. Ezaw wybiega mu na spotkanie, obejmuje go i płacze. Zamiast gniewu pojawia się wzruszenie, zamiast odwetu ma miejsce pojednanie.

Jakub rozumie wtedy coś bardzo ważnego. Mówi, że zobaczenie twarzy brata jest dla niego jak oglądanie oblicza Boga. Nocne spotkanie z Bogiem prowadzi go wprost do spotkania z człowiekiem. To, co wydarzyło się w ciemności, przygotowało go na światło poranka. Ta historia pokazuje, że Bóg często działa głębiej, niż się spodziewamy. Zanim rozwiążą się zewnętrzne konflikty, najpierw dokonuje się przemiana serca. Zanim relacje zostaną uzdrowione, człowiek musi zmierzyć się z własną prawdą. Bóg nie zawsze zabiera lęk od razu, ale wchodzi z nami w sam jego środek, aby nas przeprowadzić przez niego krok po kroku.

Jakub wysłał posłańców przed sobą, ale Bóg poprowadził go w głąb samego siebie. I właśnie tam, w zmaganiu, rodzi się nowy człowiek. Wiara nie polega na braku walki ani na idealnych decyzjach, bo one nie są po prostu możliwe. Polega na odwadze, by pozostać w prawdzie o sobie i nie odejść, aż nadejdzie świt.

Po tym nocnym zmaganiu Jakub nie wraca do dawnego życia tak, jakby nic się nie stało. Wraz ze wschodem słońca przechodzi przez miejsce, które odtąd nazywa Penuel („oblicze Boga”), bo, jak sam mówi, widział Boga twarzą w twarz i ocalił życie. To bardzo ważny szczegół, bo Biblia zatrzymuje się nie tylko na samym wydarzeniu, ale także na jego skutkach. Jakub idzie dalej, ale już inaczej niż wcześniej. Utyka. Każdy krok przypomina mu o nocy, w której przestał uciekać i pozwolił się zatrzymać.

Ten poranek jest inny niż wszystkie poprzednie. Jakub nie budzi się już jako człowiek, który tylko planuje, kalkuluje i próbuje kontrolować przyszłość. Wstaje jako ktoś, kto został dotknięty przez Boga i naznaczony tym spotkaniem. Jego ciało pamięta tę noc, ale jeszcze bardziej pamięta ją jego serce. I właśnie w takim stanie: niepewny, zraniony, ale wewnętrznie przemieniony, Jakub idzie na spotkanie z Ezawem. To bardzo znaczące. Pojednanie nie przychodzi wtedy, gdy Jakub czuje się silny i przygotowany, lecz wtedy, gdy idzie naprzód ze swoją słabością. Nie wraca jako ktoś, kto wszystko naprawił i wszystko zrozumiał, ale jako ktoś, kto już nie ucieka przed prawdą o sobie.

Ta historia kończy się więc nie tylko spotkaniem dwóch braci, ale narodzinami nowego sposobu życia. Jakub, nazwany Izraelem, nie przestaje być człowiekiem z trudną przeszłością. Przestaje jednak być człowiekiem, który przed nią ucieka. Od tej chwili jego relacja z Bogiem i z ludźmi będzie już zawsze nosić ślad tej nocy.

Dlatego Biblia nie opowiada tej historii po to, by pokazać cudowne zwycięstwo albo spektakularną interwencję. Opowiada ją po to, byśmy zobaczyli, że Bóg działa także w procesie, w zmaganiu, w drodze, która nie jest idealna ani prosta. Że przemiana serca często dokonuje się wtedy, gdy człowiek pozwala się zatrzymać i nie ucieka od tego, co trudne.

Jakub wyszedł z tej nocy z nowym imieniem, ale także z nowym sposobem patrzenia na życie. I choć jego droga wciąż będzie pełna wyzwań, od tej chwili idzie nią już jako ktoś, kto wie, że nawet w lęku i słabości nie jest sam.

Każdy z nas nosi w sobie ciężar dawnych decyzji, relacje, które zostały przerwane lub nigdy naprawdę uzdrowione, oraz lęki, przed którymi najchętniej byśmy uciekli. Historia Jakuba pokazuje, że Bóg nie omija tych miejsc. On wchodzi dokładnie tam, gdzie człowiek zostaje sam, i nie zawsze daje szybkie rozwiązania, ale zawsze daje możliwość przemiany.

Być może pojednanie, którego się obawiamy, nie zaczyna się od zmiany drugiej osoby, lecz od tego, że pozwalamy Bogu dotknąć naszej własnej historii. Być może nie zostaniemy uwolnieni od lęku od razu, ale możemy nauczyć się iść dalej, nawet jeśli utykamy. A może właśnie w tej słabości Bóg chce spotkać nas najgłębiej?