Cywilizacja przemysłowa przerosła pojemność środowiska Ziemi. Punkty krytyczne zostały przekroczone. Trwa wielkie wymieranie planetarne i nagła, nieodwracalna zmiana klimatu.
Wszechocean pokrywa 70% powierzchni Ziemi i zawiera 97% jej wody. Ten kluczowy regulator klimatu pochłania około 90% nadmiaru ciepła, które zatrzymują w atmosferze gazy cieplarniane.
Ocieplenie Wszechoceanu, a tym samym planety, pobiło kolejny rekord: międzynarodowy zespół badawczy ustalił, że w 2025 roku zgromadził on więcej ciepła niż w jakimkolwiek innym roku w historii pomiarów. Górne 2 000 metrów pochłonęło 23 zettadżule więcej energii niż w 2024 roku. Według uczonych z amerykańskiej Narodowej Agencji Oceanicznej i Atmosferycznej (NOAA), Instytutu Fizyki Atmosferycznej Chińskiej Akademii Nauk oraz Służby Morskiej Copernicus Unii Europejskiej, ilość ta jest około 37 razy większa od całkowitego zużycia energii przez cywilizację przemysłową w 2023 roku.
Ażeby uzyskać te wyniki, ponad 50 naukowców z 31 instytucji badawczych wykorzystało wiele źródeł, w tym tysiące pływających robotów, które śledzą zmiany w oceanach na głębokości do 2 000 metrów. Wejrzenie w głąb, a nie pomiary wahań na powierzchni, stanowi najbardziej miarodajny wskaźnik tego, jak Wszechocean reaguje na „nieustającą presję” emisji gazów cieplarnianych.
Rekordowe ciepło w oceanach zabija miliardy organizmów morskich, destabilizuje delikatne ekosystemy morskie, zasila i potęguje ekstremalne zjawiska pogodowe – np. zwiększając wilgotność atmosfery, dostarcza paliwa dla cyklonów tropikalnych i niszczycielskich opadów deszczu – oraz podnosi poziom mórz. [Advances in Atmospheric Sciences, 9.01.2026]
Międzynarodowe badanie przeprowadzone przez naukowców z Narodowego Centrum Obserwacji Ziemi przy uniwersytetach w Leicester, Sheffield i Edynburgu pokazuje, że lasy Afryki, które od dawna pełniły funkcję pochłaniacza netto dwutlenku węgla, uwalniają już do atmosfery więcej CO₂ niż pochłaniają. Ta niepokojąca zmiana nastąpiła po 2010 roku.
Wykorzystując kosmiczny instrument laserowy NASA o nazwie GEDI, japońskie satelity radarowe ALOS, uczenie maszynowe i tysiące naziemnych pomiarów, badacze stworzyli najbardziej szczegółową jak dotąd mapę zmian biomasy na kontynencie afrykańskim. Dzięki wysokiej rozdzielczości, która pozwoliła uchwycić lokalne wzorce wylesiania, udało się precyzyjnie oszacować ilość węgla zgromadzonego w drzewach i roślinności drzewiastej. Okazało się, że chociaż w okresie 2007–2010 Afryka zmagazynowała go więcej niż straciła, to w kolejnych latach postępująca, powszechna destrukcja lasów tropikalnych przechyliła szalę.
W 2010–2017 kontynent tracił około 106 miliardów kilogramów biomasy leśnej rocznie – odpowiada to wadze około 106 milionów samochodów. Największe spustoszenie miało miejsce w tropikalnych lasach liściastych w Demokratycznej Republice Konga, Madagaskarze i części Afryki Zachodniej, gdzie przyczyną jest wylesianie i degradacja. Wzrost krzewów na sawannach nie zrównoważył strat. [Scientific Reports, 28.11.2025 r.]
Wycinka drzew na terytorium zamieszkiwanym przez Pigmejów, Republika Środkowoafrykańska.
Komentarz Sammy’ego Attoh, koordynatora ds. praw człowieka, poety i pisarza.
Chciwość w XXI wieku
Żyjemy w epoce, w której chciwość zrzuciła łach pejoratywności i stała się wysławianą cnotą, paradującą w odświętnej szacie po salonach władzy. To cichy architekt naszych społecznych podziałów; niewidzialna siła, która wyrywa środki do życia z rąk niewinnych, oferując w zamian skromne jałmużny pod pozorem dobroczynności. W swojej współczesnej wersji chciwość nie jest indywidualną wadą, tylko starannie skonstruowanym systemem, zinstytucjonalizowanym i uświęconym samym językiem postępu. Buduje imperia na fundamencie wyzysku, przekształca podstawowe potrzeby ludzkie i ożywioną przyrodę w lukratywne marże, indoktrynuje nas, byśmy wartość mierzyli akumulacją, a nie oświeceniem.
Rekordowa w historii cywilizacji nierówność społeczna nie jest przypadkowym produktem ubocznym; to rozmyślnie wznoszony gmach – ustawa po ustawie, milczenie po milczeniu; to ponure żniwo decyzji podejmowanych w hermetycznych komnatach, gdzie nie słychać głosów bezbronnych; gdzie sprawiedliwość jest wymieniana na oportunizm; gdzie potężni wypaczają zasady społeczne, ażeby utrwalić swoją dominację kosztem dobra ogółu. Gorzkie konsekwencje takiego stanu rzeczy wykraczają obecnie poza granice ubóstwa i zaniedbanych enklaw: nierówność wywołuje globalne niepokoje i podsyca konflikty, które rozlewają się na kolejne narody. Rozdarty przez tę nienasyconą żądzę posiadania świat wykrwawia się na śmierć.
Techno-miliarderzy wiedzą, że największa bańka giełdowa pęknie
Analitycy szacują, że bańka giełdowa sztucznej inteligencji (Artificial Intelligence – AI) jest 17 razy większa od bańki internetowej i 4 razy większa od bańki na rynku nieruchomości z 2008 roku.
Pompuje ją tradycyjnie bezgraniczna ludzka chciwość. W centrum procederu znajduje się OpenAI. Firma ta zawiera tzw. transakcje cykliczne. Na czym polegają? Dane przedsiębiorstwo inwestuje w OpenAI, po czym OpenAI natychmiast wykorzystuje te pieniądze do zakupu produktów tegoż inwestora. Nadmienię, że OpenAI nie generuje zysków – traci ogromne pieniądze, których suma do 2029 roku ma wynieść 115 miliardów dolarów. Jak zatem udaje się tej spółce podpisywać wielomiliardowe umowy?
Oto anatomia szaleństwa: Microsoft inwestuje w OpenAI ponad 13 miliardów dolarów, a w zamian otrzymuje 20% jej przychodów → Microsoft księguje przychody OpenAI jako własne przychody z chmury → OpenAI płaci Microsoftowi za usługi w chmurze jego środkami inwestycyjnymi, a Microsoft traktuje to jako wzrost. Wyobraź sobie Czytelniku, że dałam ci 100 dolarów, a Ty oddałeś mi ten sam banknot i oboje twierdzimy, że zarobiliśmy 100 dolarów. Dokładnie to samo dzieje się tutaj, z tą różnicą, że chodzi o setki miliardów dolarów.
Jeśli pominiemy notowania „siedmiu wspaniałych” z indeksu S&P 500, grupy potentatów branży technologicznej, zobaczymy, że rynek akcji w rzeczywistości nie odnotował żadnego wzrostu od 2 lat.
W ciągu ostatnich trzech dekad posadami finansowej architektury świata wstrząsnęły trzy „kryzysy”: bańka internetowa pękła w 2000 roku, bańka na rynku nieruchomości w 2008 roku, a w 2019 roku kolejny krach spowodowała pandemia. Przed nami superkrach, którego siła rażenia nie będzie miała swojego historycznego odpowiednika.
Bańka sztucznej inteligencji jest największa ze wszystkich. Nie ogranicza się do jednego sektora, jak to miało miejsce w przeszłości. Wszystkie kraje rozwinięte stawiają na AI. Wszystkie zostały zahipnotyzowane przez projekt Stargate.
OpenAI buduje centra danych w Stanach Zjednoczonych, Norwegii, Abu Zabi i innych nieujawnionych lokalizacjach na całym świecie. Dzieje się to w czasie, gdy globalna gospodarka nie podniosła się po pandemicznym nokaucie. Niemcy, największa gospodarka w Europie, są w recesji. Inflacja wymknęła się spod kontroli. Ceny mieszkań są zaporowe. Bezrobocie rośnie. I na dokładkę mamy sztuczną inteligencję.
AI penetruje każdą branżę: w służbie zdrowia diagnozuje, w ubezpieczeniach podnosi składki, w szkołach ocenia dzieci, koordynuje funkcjonowanie sieci energetycznych i łańcuchów dostaw. Tylko w latach 2019-2023 rząd Stanów Zjednoczonych zainwestował w nią 328 miliardów dolarów.
Nie wiemy, kiedy bańka pęknie, ale wiemy, kto za to zapłaci. Po katastrofie finansowej w 2008 roku podatnicy w USA pokryli straty sprawców-bankierów w kwocie 498 miliardów dolarów. Skoro banki systemowe były „zbyt wielkie, by upaść”, to dla „siedmiu wspaniałych” kategoria ta jest zbyt ciasna.
Miliarderzy-celebryci powtarzają nam, że sztuczna inteligencja uszczęśliwi ludzkość. Tymczasem żyjemy w techno-dystopii. Inwestorzy technologiczni ochoczo wydają dziesiątki, setki i miliardy miliony dolarów na wszystko, co ma w nazwie „AI”.
Tymczasem korporacje wciąż nie mogą pochwalić się zwrotem z inwestycji: badanie MIT wykazało, że 95% firm korzystających z generatywnej sztucznej inteligencji nie odnotowało żadnego wymiernego zwrotu.
Co będzie, gdy nastąpi upadek systemowy lub/i sztuczna inteligencja wymknie się spod kontroli? Technologiczni baronowie rozważyli takie scenariusze. Dlatego Mark Zuckerberg ma posiadłość o powierzchni 1 400 akrów na Hawajach z podziemnym schronem, a Sam Altman podobno zawarł umowę z Peterem Thielem, który w przypadku apokalipsy zabierze go do swojej twierdzy w Nowej Zelandii. Douglas Russhkoff ujawnił, jak miliarderzy rozumieją budowany przez siebie świat: W trakcie konsultacji uderzyło mnie, że oto stoją przede mną najbogatsi i najpotężniejsi ludzie, jakich kiedykolwiek spotkałem, a mimo to czują się całkowicie bezsilni wobec przyszłości. Najlepszym, co mogą zrobić, to przygotować się na nieuchronny upadek i odizolować się od rzeczywistości, którą sami tworzą, zarabiając pieniądze w określony sposób.
Dziennikarka Karen Hao odkryła, że Ilia Sutskever, były główny naukowiec OpenAI, dyskutował kwestię przygotowania podziemnego schronu dla najlepszych ekspertów OpenAI przed udostępnieniem światu sztucznej inteligencji ogólnej (Artificial General Intelligence – AGI). Jeden z nich, Reed Hoffman, współzałożyciel LinkedIn, twierdzi, iż połowa jego znajomych-miliarderów zwierzyła się mu z posiadania tajnego azylu lub planowania jego budowy. Praktyka stała się tak powszechna, że określa się ją mianem „ubezpieczenia od apokalipsy”.
Miliarderzy z branży technologicznej organizują „igrzyska śmierci”, a za pieniądze, które mają jeszcze wartość, kupują bezpieczeństwo. Wydadzą na świat superinteligencję, która zastąpi ludzi. Obawiają się jednak powtórki z rewolucji francuskiej: Francuzi obalili monarchię, a my możemy obalić technofeudalizm.
Prorocy z Doliny Krzemowej powtarzają w kółko, że jest nam lepiej niż poprzednim pokoleniom. Pewnie. Komu potrzebna jest godziwa płaca, skoro można porozmawiać w necie ze swoim najlepszym przyjacielem czatem GPT? Podczas gdy my oddajemy się techno-uciechom, ich wynalazcy budują technologie militarne i nadzoru, plądrują skarby państwa i stają się potężniejsi od rządów. I nie jest to porażka rynku. To jego przewidywalny finał: technofeudałowie wyciskający ostatnie krople bogactwa z umierającego systemu.
Elita technologiczna doprowadziła do upadku, przed którym spróbuje się ukryć
Mark Zuckerberg. Peter Thiel. Sam Altman. Reid Hoffman.
Architekci ery cyfrowej – ludzie, którzy obiecali postęp, wydajność i „połączenie świata” – teraz kupują „ubezpieczenie od apokalipsy”. Podziemne fortece. Odporne na detonacje bunkry w Nowej Zelandii. Prywatne gospodarstwa rolne z własnymi systemami zaopatrzenia w żywność i wodę.
Przygotowują się na upadek.
I nie są w tym osamotnieni. Po cichu wyłania się klasa prepperów globalnej elity władzy. Te same indywidua, które zarobiły miliardy na naszej zależności od ich platform, teraz wydają fortuny, by zapewnić sobie możliwość życia bez nas, gdy wszystko dookoła się zawali.
Media przedstawiają to jako paranoję, ekscentryczne fanaberie, a nawet dziwaczne hobby. Nie jest to jednak żadna z tych rzeczy. Jest to dalekowzroczność – zakorzeniona w poczuciu winy i instynkcie samozachowawczym. Ponieważ upadek, na który się przygotowują, jest tym, który zaaranżowali.
Upadek nie był przypadkiem — to model biznesowy
Zostaliśmy nauczeni postrzegania kryzysów jako zdarzeń losowych lub naturalnych: tąpnięć rynkowych, pandemii, katastrof klimatycznych, „nieprzewidzianych zakłóceń”. Jednakże prawda jest prostsza i mroczniejsza.
Cyfrowi baronowie nie tylko przewidzieli te kryzysy – świadomie stworzyli warunki do ich zaistnienia.
Skonstruowali systemy eksploatacji mające na celu osłabienie zaufania społecznego, wyzysk pracowników i monopolizację informacji. Traktowali dane jak ropę, a naszą uwagę jak walutę. Wzorem każdej minionej imperialnej gospodarki, pozostawili po sobie zniszczenia: ekologiczne, psychologiczne i polityczne.
Tak oto klasa rządząca utrwaliła swoją kontrolę, opakowując ją w język „przełomowych zmian” i „innowacji”. Teraz, gdy sprzeczności stają się coraz bardziej wyraźne – zmiana klimatu, zapaść gospodarcza, fragmentacja geopolityczna – wycofuje się.
Zostawi nam systemowy i planetarny pożar, a sama zaszyje się pod ziemią.
Bunkier jako manifest polityczny
Kiedy miliarderzy budują bunkry, nie przygotowują się tylko na klimatyczną katastrofę i wojnę nuklearną. Przygotowują się także na nas: obawiają się rewolty.
Bunkier jest fizycznym wyrazem władzy klasowej w późnym kapitalizmie. To logiczny finał tzw. społeczności odgrodzonej. Fantazja całkowitej separacji: bezpieczeństwo dla nielicznych, zagrożenie dla wielu.
Nie chodzi wyłącznie o przetrwanie końca cywilizacji. Chodzi o uniknięcie odpowiedzialności.
Widzą symptomy – chaos klimatyczny, rozpad gospodarki, postępującą utratę zaufania do struktur władzy – i podjęli decyzję: system może zdechnąć, ważne, by przeżyli oni.
„Technologiczna utopia” zawsze była kłamstwem
Mitem założycielskim Doliny Krzemowej była wolność: Internet miał połączyć ludzkość, sztuczna inteligencja miała rozwiązać wszelkie problemy, a innowacje miały poprawić byt każdego z nas.
Jednak utopia w kapitalizmie zawsze oznacza jedno: prywatne zyski kosztem społeczeństwa.
„Rewolucja cyfrowa” skoncentrowała bogactwo najszybciej w dziejach. Za każdym razem, gdy pojawił się nowy miliarder, miliony ludzi zostały zepchnięte w większą niepewność ekonomiczną – pracę dorywczą, zatrudnienie w przemyśle inwigilacji, niekończącą się walkę o przetrwanie.
A jaka jest odpowiedź elity technologicznej na problemy, które zafundowała? Więcej technologii:
→ Kiedy media społecznościowe powodują samotność, sprzedaje zestawy słuchawkowe VR.
→ Kiedy sztuczna inteligencja pozbawia miejsc pracy, sprzedaje „programy przekwalifikowania”.
→ Kiedy system balansuje nad przepaścią, buduje bunkry.
To nie jest pomyłka – to po prostu cykl biznesowy. Rozpętaj piekło, a następnie zarabiaj na ucieczce.
Od wirtualnej kontroli do fizycznej separacji
Era cyfrowa nauczyła klasę rządzącą myśleć w kategoriach kontroli: algorytmów, przepływu danych, predykcyjnego nadzoru policyjnego, stymulowania behawioralnego.
Jednak kontrola nad przestrzenią cyfrową ma swoje granice. W miarę jak systemy ekologiczne i gospodarcze ulegają dezintegracji, konsekwencje przenoszą się do sfery fizycznej – ziemi, żywności, energii i fortyfikacji.
Nowozelandzka kryjówka Thiela ma zapewnić suwerenność, a nie malownicze krajobrazy. To mini-państwo z własnymi prawami, niezależnym źródłem zasilania i armią prywatnych kontrahentów i najemników.
Kompleks Zuckerberga na Hawajach nie jest „rezydencją wakacyjną”. To forteca z niezależnym systemem wodociągowym, gruntami rolnymi i monitoringiem.
Nie mamy tu do czynienia z wycofaniem, tylko secesją. To migracja bogaczy z umowy społecznej.
Logika izolacji
Kapitalizm zawsze obiecuje zbiorową ruinę i prywatne ocalenie.
Dlatego miliarderzy finansują programy kosmiczne, badania nad długowiecznością i bunkry na wypadek apokalipsy zamiast publicznej opieki zdrowotnej czy budownictwa mieszkaniowego.
Nie wierzą w ludzkość – wierzą w izolację. Uważają, że przetrwanie można kupić, zamknąć w butelce i oznaczyć etykietką.
Ale każda wzniesiona przez nich ściana dowodzi jedynie, jak kruche jest ich imperium. Nie kopiesz bunkra, gdy wierzysz we własny system. Kopiesz bunkier, gdy wiesz, że system się rozsypuje.
Mogą uciekać, ale nie mogą ukryć się przed siłami, które sami wyzwolili.
Wezwanie do działania
Skoro oni przygotowują się na upadek, ryjąc w ziemi, to my powinniśmy – póki jest to możliwe – budować nad ziemią coś, co nadaje się do życia.
Organizujmy własne formy zbiorowej odporności:
→ Spółdzielnie pracownicze zamiast apek do zleceń dorywczych.
→ Banki publiczne zamiast drapieżnych pożyczkodawców.
→ Społecznościowe systemy energetyczne zamiast imperiów opartych na paliwach kopalnych.
→ Sieci wzajemnej pomocy zamiast bunkrowych ścian.
Demaskujmy apokaliptyczny kult techno-miliarderów. Historia nie kończy się wraz z ich planem ucieczki. Kończy się wówczas, gdy nie pozwalamy im definiować trwania na ich warunkach.
Świat przyrody jest stworzony do zmian. Pory roku przechodzą z jednej w następną. Poziom rzek podnosi się i opada. Klimat stopniowo się ociepla, a potem ochładza. Zwierzęta migrują, dostosowują się i ewoluują w odpowiedzi na te rytmy. Tak zawsze funkcjonowała Ziemia – i tak powinna funkcjonować.
Dzisiejszym problemem nie jest więc zmiana jako taka. Problemem jest jej tempo. Zmiany, które kiedyś trwały wieki lub tysiąclecia, obecnie zachodzą w ciągu kilku lat. Poziom dwutlenku węgla w atmosferze, gazu ocieplającego Ziemię, znacznie przekracza 430 ppm (części na milion) – podobne warunki panowały ostatnio 15 milionów lat temu. Cywilizacja przemysłowa emituje CO₂ 30 razy szybciej niż kiedykolwiek w ciągu minionych 100 milionów lat i 100–200 razy szybciej niż podczas zakończenia epoki lodowcowej 11 000–17 000 lat temu. To tak, jakbyśmy przyspieszali odtwarzanie filmu przyrody, a odtwarzacz się przegrzewa. I nie chodzi wyłącznie o wzrost temperatur. Obserwujemy nagłą zmianę wzorców zaburzeń – pożarów, powodzi, fal upałów i silnych wiatrów. Systemy planetarne i przyroda ożywiona po prostu za nimi nie nadążają.
Organizmy, od których zależy życie prawie miliarda ludzi i jednej czwartej wszystkich zwierząt morskich, giną masowo.
Według danych CERES z lipca br. średnia krocząca z 36 miesięcy dla albedo Ziemi (odbicie promieniowania słonecznego) osiągnęła kolejny rekordowo niski poziom. Proces ciemnienia Ziemi nasila się.
W ciągu 12 miesięcy (do lipca 2025 roku) planeta ociepliła się o równowartość około 9,3 bomby zrzuconej przez Stany Zjednoczone na Hiroszimę na sekundę, czyli 807 000 dziennie. Jest to najwyższy wskaźnik od kwietnia 2024 roku.
Niewiarygodne ocieplenie w Arktyce: przez wiele tygodni na arktycznym wybrzeżu Rosji – 75. szerokość geograficzna – temperatury wynosiły ponad 20°C. Tak „szalonych” wartości nigdy tam nie rejestrowano. Nawet na 80. szerokości geograficznej mrozu nie było przez wiele tygodni. Na ogromnym obszarze północnej Kanady, Grenlandii i Syberii wystąpiły temperatury znacznie wyższe od średniej październikowej.
W ostatnich tygodniach wysokie temperatury nawiedziły również Antarktydę – stacje meteorologiczne we wschodniej części kontynentu odnotowały w październiku wartości, które nie mają historycznego odpowiednika.
Skala i trwałość ocieplenia w Arktyce i na Antarktydzie są tej wiosny niezwykłe – przyznał Stefano Di Battista, jeden z zaniepokojonych klimatologów, którzy śledzą odczyty termometrów na obu biegunach. Obserwowane zjawiska zmieniają nasze rozumienie tempa zmian zachodzących w regionach polarnych. Wzrost temperatur znacznie wyprzedza nawet najbardziej pesymistyczne prognozy modeli klimatycznych.
Pokrywa lodowa na Oceanie Arktycznym odnotowała w 2025 roku kolejny spadek średniej grubości – po raz pierwszy w historii pomiarów zapoczątkowanych w 1979 roku była ona mniejsza niż 1 metr.
Zmiana klimatu nie tylko intensyfikuje fale upałów, lecz także znacznie przyspiesza wydłużenie czasu ich trwania z każdym dodatkowym ułamkiem stopnia ocieplenia.
W badaniu zamieszczonym 7 lipca 2025 roku przez Nature Geoscience akademicy z Uniwersytetu Kalifornijskiego w Los Angeles i Uniwersytetu Adolfo Ibañeza w Santiago w Chile ustalili, iż najdłuższe fale wydłużą się najszybciej, a upały ekstremalne zwiększą swoją częstotliwość najbardziej. Po włączeniu do modeli klimatycznych zmiennych uwzględniających wpływ temperatury w danym dniu na temperaturę dnia następnego, naukowcy wykryli to przyspieszenie na poziomie globalnym. Każdy ułamek stopnia ocieplenia będzie miał większy wpływ niż poprzedni – powiedział David Neelin, profesor nauk o atmosferze i oceanach, który studiuje zagadnienie zmienności klimatu.
Odkryliśmy, że najdłuższe i najrzadsze fale upałów w każdym regionie – te trwające tygodniami – są tymi, które wykazują największy wzrost częstotliwości – powiedział główny autor badania Cristian Martinez-Villalobos, adiunkt na wydziale inżynierii i nauk ścisłych Uniwersytetu Adolfo Ibáñeza, specjalizujący się w modelowaniu teoretycznym. Uwzględniwszy naturalne wahania temperatur w poszczególnych lokalizacjach, przekonaliśmy się, że ostatnio obserwowane trendy dotyczące czasu trwania fal upałów już teraz wykazują podobny wzorzec przyspieszenia, jaki przewidują modele klimatyczne. Największe zmiany dotkną pory roku i miejsca, które obecnie charakteryzują się mniejszą zmiennością pogody. Jeżeli obecny klimat charakteryzuje się dużymi wahaniami, to zmiana o ułamek stopnia będzie miała mniejszy wpływ niż w przypadku klimatu bardziej stabilnego – wyjaśnił Neelin. W związku z tym skutki w regionach tropikalnych będą zazwyczaj większe niż w regionach umiarkowanych, a okresy ocieplenia zimą będą mniej zmienne niż latem.
Narodowe Centrum Łagodzenia Skutków Suszy Uniwersytetu Nebraska-Lincoln oraz Konwencja Narodów Zjednoczonych w sprawie zwalczania pustynnienia opublikowały raport przedstawiający następstwa susz na całym świecie od 2023 roku.
W ciągu ostatnich dwóch lat skutki suszy należały do najgorszych w skali globalnej – powiedział Mark Svoboda, współautor dokumentu i dyrektor centrum ds. suszy. To nie jest po prostu kolejna susza. To jedna z najgorszych katastrof, która obejmuje miliony kilometrów kwadratowych i dotyka wielu milionów ludzi. Raport opisuje kryzysy żywnościowe, wodne i energetyczne oraz tragedie ludzkie w kilkudziesięciu krajach w regionach Afryki, basenu Morza Śródziemnego, Ameryki Łacińskiej i Azji Południowo-Wschodniej w oparciu o ponad 250 badań, źródeł danych i doniesień prasowych.
Żyjemy w złotej epoce widowiska: wszystko, co pozostało z polityki, ginie w niekończącej się paradzie osobliwych przedstawień teatralnych, finanse są zdominowane przez zainscenizowane występy obytych medialnie prezesów, którzy ogłaszają premierę kolejnego produktu za biliony dolarów, a w Internecie cały świat jest sceną dla spektaklu z udziałem każdego z nas.
W swojej książce z 1967 roku pt. „Społeczeństwo spektaklu” francuski filozof Guy Debord przedstawił, jaką wartość ma widowisko w społeczeństwie i gospodarce, w których coraz bardziej dominuje sztuczność. W „Komentarzach do ‚Społeczeństwa spektaklu’” z 1988 roku autor pisze: W książce z 1967 roku zatytułowanej „Społeczeństwo spektaklu” pokazałem, czym w istocie było już współczesne widowisko: autokratycznymi rządami gospodarki rynkowej, która uzyskała status suwerenności bez odpowiedzialności, oraz nowymi technikami rządzenia, które towarzyszą temu niepodzielnemu panowaniu.
Debord pomaga zrozumieć sposób, w jaki społeczeństwo zostało podporządkowane siłom ekonomicznym, a konkretnie rynkom kontrolowanym przez państwo korporacyjne. Układ ten steruje społeczeństwem, zamieniając wszystko w widowisko, które według myśliciela nie jest „prawdziwym życiem”, ale reprezentacją, którą biernie akceptujemy. Czynimy to nie rozumiejąc, jak zmienia ona naszą tożsamość i tkankę społeczną z „bycia” na „kupowanie i posiadanie rzeczy”: Jesteś tym, co kupujesz i posiadasz.
Reprezentacją tą zarządza technokratyczna wiedza specjalistyczna. W analizie Deborda propaganda, marketing i narracja stanowią aspekty spektaklu.
Widowisko jako symulacja lub podobizna „prawdziwego życia” stanowi odbicie naszego głębokiego wyobcowania: będąc widzami traktujemy naszą bierną konsumpcję jako „prawdziwe życie”, nie mając pojęcia, że wszystko to ma na celu utrzymanie dominacji tych, którzy czerpią korzyści z takiego układu. Odzwierciedla to wiele powiązanych idei – na przykład znane z filmowej serii „Matrix” symulakrum „prawdziwych rzeczy” czy stworzoną przez Marksa koncepcję alienacji, w której robotnik zostaje odłączony (in. wyalienowany) od produktu / wartości swojej pracy. Głównym założeniem jest tutaj to, iż spektakl jest fałszem – symulacją, która zastępuje treść formą, tworząc specyficzną nierealność.
Powab mediów społecznościowych można postrzegać jako personalizację spektaklu, ponieważ każdy z nas zyskuje odbiorców i wpływy, przedstawiając siebie i swoje życie jako widowisko – nieautentyczną reprezentację.
Debord kontynuuje: Jako że widowisko zastępuje prawdziwe życie jedynie pośrednią reprezentacją życia, którego nie można doświadczyć bezpośrednio, tworzy ramy, w których masowe oszustwa i kłamstwa mogą konsekwentnie i przekonująco jawić się jako prawda. (…) Spektakl odtworzył nasze społeczeństwo bez wspólnoty i ogólnie ograniczył zdolność komunikowania się. Takie procesy i ich konsekwencje ostatecznie oznaczają, że ludzie nie mogą naprawdę doświadczać życia: stali się widzami skazanymi na ubogie bezżycie.
Podporządkowująca sobie społeczeństwo gospodarka „zdegradowała bycie, sublimując posiadanie”: spełnienie człowieka nie było już osiągane poprzez to, kim był, ale tylko poprzez to, co kupił i pokazał. W miarę postępującej kapitulacji społeczeństwa przed gospodarką przejście od „bycia” do „posiadania” zamieniło się w równie schyłkowe przejście od „posiadania” do „stwarzania pozorów”.
Jeżeli chodzi o „ekspertów”, to nie muszą już posiadać wiedzy specjalistycznej, muszą jedynie sprawiać wrażenie specjalistów. Debord wyjaśnia: Wszyscy eksperci służą państwu i mediom, i tylko w ten sposób osiągają swój status. Każdy ekspert podąża za swoim panem, ponieważ wszystkie dawne możliwości, aby być niezależnym zostały stopniowo zredukowane do zera przez obecny sposób organizowania społeczeństwa. Najbardziej przydatnym ekspertem jest oczywiście ten, który potrafi kłamać.
Debord podsumowuje: Niejasne poczucie, że nastąpiła gwałtowna inwazja, która zmusiła ludzi do prowadzenia zupełnie innego życia, jest obecnie powszechne, ale doświadcza się tego jak niewytłumaczalnej zmiany w pogodzie lub innej równowadze naturalnej – zmiany, w obliczu której ignorancja nie ma nic do powiedzenia.
Przypomina mi to wypowiedź francuskiego pisarza Michela Houellebecqa: Mam wrażenie, że jestem uwięziony w sieci skomplikowanych, drobiazgowych, głupich zasad i że jestem popychany w kierunku jednolitego rodzaju szczęścia, które tak naprawdę nie sprawia mi radości.
Poleganie na spektakularnych widowiskach w celu stworzenia osobliwej nierealności nie jest wyłącznie cechą współczesności. Wystarczy przywołać późny, upadający Rzym. Źródłem potęgi imperium był import pszenicy z Afryki Północnej, lukratywny handel z Bliskim Wschodem i Indiami, kopalnie srebra w Hiszpanii oraz dobrze wyszkolone i zaopatrzone legiony. Kiedy źródło to wyschło, inscenizowane w Koloseum bitwy czy wyścigi rydwanów były reprezentacją pozornej, nierzeczywistej już władzy.
I pytanie na zakończenie: Czy na tym etapie sztuczna inteligencja nie jest aby reprezentacją specjalistycznej wiedzy, która „służy mediom i państwu” w złotej epoce widowiska?
Szram el-Szejk, Egipt: przedstawienie polityczne pt.:. „Pokój 2025”.
„Gorąca plama” (ang. „the Blob”) w Oceanie Spokojnym powróciła – jest większa i gorętsza niż wcześniej. Rozciąga się na 8 000 kilometrów – od Japonii po zachodnie wybrzeże Stanów Zjednoczonych – i jeżeli wkrótce nie zaniknie, zabije więcej życia morskiego i spowoduje dodatkowe ocieplenie na lądzie.
Panuje powszechne zaskoczenie, że pojawiła się ponownie tak szybko, z taką siłą i rozległością. W tym roku przyniosła bezprecedensową temperaturę powierzchni morza w sierpniu: 20°C. To rekord w bazie danych ERSST, która sięga 1854 roku i czerpie z zasobów informacyjnych NOAA / NCEI (Narodowej Służby Oceanicznej i Atmosferycznej / Narodowego Centrum Informacji o Środowisku)*, czyli wiodących autorytetów w zakresie danych pogodowych i klimatycznych.
W tym stuleciu to pacyficzne zjawisko odnawiało się kilkakrotnie, powodując masowe wymieranie w wodach przybrzeżnych. W przeszłości morskie fale upałów ustępowały wraz z nadejściem wietrznych jesiennych i zimowych burz, które przenosiły chłodniejsze wody z głębin na powierzchnię. Dzisiaj system oceaniczny gwałtownie przechodzi w nowy stan, którego dotychczas nie doświadczono, i którego nie prognozowano.
Rekordowa „gorąca plama” jest potwierdzeniem wniosków z opublikowanego 24 lipca 2025 roku przez Science badania, które mówi o zachodzącej fundamentalnej zmianie w zachowaniu Wszechoceanu. W artykuleScienceDaily pt.: „Oceany przegrzewają się – naukowcy mówią, że jest to punkt krytyczny klimatu” przytoczono wyznanie dr. Zhenzhonga Zenga z Południowego Uniwersytetu Nauki i Technologii w Chinach, współautora przełomowej analizy: Jestem bardzo przerażony.
Klimatolodzy – i naukowcy w ogóle – zwyczajowo nie wydają podobnych oświadczeń, aby nie uznano ich za siewców paniki. Bardzo ostrożnie formułują swoje wnioski, ponieważ ich podstawą muszą być dokładne dane potwierdzające. Czego zatem należy oczekiwać od badacza, który zapoznał się z danymi, które faktycznie przerażają?
Coraz bardziej rozgrzany Wszechocean potęguje nagłą zmianę klimatu: tracąc zdolność do pochłaniania nadmiaru atmosferycznego ciepła, podnosi temperatury na lądzie. Lista rekordowych wskaźników systemowych, klęsk żywiołowych i zdarzeń pogodowych z minionych 2-3 lat jest dowodem na to, że klimat Ziemi „oszalał” – przypomina już stale przyspieszające „piekło na kółkach”.
* Projekt budżetu obłąkanej administracji Donalda Trumpa przewiduje znaczne cięcia w finansowaniu NOAA / NCEI, co oznacza ograniczenie dostępu społeczeństwa do informacji o znaczeniu egzystencjalnym.
Rekordowe ciepło we Wszechoceanie w 2025 roku
Wszechocean pokrywa 70% powierzchni Ziemi i zawiera 97% jej wody. Ten kluczowy regulator klimatu pochłania około 90% nadmiaru ciepła, które zatrzymują w atmosferze gazy cieplarniane.
Ocieplenie Wszechoceanu, a tym samym planety, pobiło kolejny rekord: międzynarodowy zespół badawczy ustalił, że w 2025 roku zgromadził on więcej ciepła niż w jakimkolwiek innym roku w historii pomiarów. Górne 2 000 metrów pochłonęło 23 zettadżule więcej energii niż w 2024 roku. Według uczonych z amerykańskiej Narodowej Agencji Oceanicznej i Atmosferycznej (NOAA), Instytutu Fizyki Atmosferycznej Chińskiej Akademii Nauk oraz Służby Morskiej Copernicus Unii Europejskiej, ilość ta jest około 37 razy większa od całkowitego zużycia energii przez cywilizację przemysłową w 2023 roku.
Ażeby uzyskać te wyniki, ponad 50 naukowców z 31 instytucji badawczych wykorzystało wiele źródeł, w tym tysiące pływających robotów, które śledzą zmiany w oceanach na głębokości do 2 000 metrów. Wejrzenie w głąb, a nie pomiary wahań na powierzchni, stanowi najbardziej miarodajny wskaźnik tego, jak Wszechocean reaguje na „nieustającą presję” emisji gazów cieplarnianych.
Rekordowe ciepło w oceanach zabija miliardy organizmów morskich, destabilizuje delikatne ekosystemy morskie, zasila i potęguje ekstremalne zjawiska pogodowe – np. zwiększając wilgotność atmosfery, dostarcza paliwa dla cyklonów tropikalnych i niszczycielskich opadów deszczu – oraz podnosi poziom mórz. [Advances in Atmospheric Sciences, 9.01.2026]
Przedmiotem moich dociekań jest nie tylko upadek cywilizacji i ustalenie, jak „działa” nasz świat i jego złożone systemy, lecz także natura ludzka. A może raczej natura sapiens, bo najnowsze ustalenia badawcze dotyczące neandertalczyków ujawniają, iż „natura” innych przedstawicieli rodzaju homo mogła diametralnie różnić się od naszej. Podejmuję próbę zrozumienia, a nie osądzania (uważam, że nie mamy wolnej woli) czy radzenia, co „należy zrobić” w związku z wydarzeniami wstrząsającymi naszym światem.
Szczególnie interesuje mnie, dlaczego człowiek rozumny posiada wyjątkową zdolność do nienawiści. W swojej książce o neandertalczykach Ludovic Slimak sugeruje możliwą odpowiedź na to pytanie: nasza skłonność do nienawiści i związane z nią okropności mogą wynikać z nietolerowania różnic.
Kiedy obserwujesz pierwsze spotkanie psów różnych ras i rozmiarów, ich instynktowne zachowanie cechuje raczej ciekawość, a nie wrogość. To samo dotyczy ludzkich maluchów. Oczywiście każde stworzenie można uwarunkować strachem, aby groziło, atakowało lub uciekało przed nieznajomymi, ale w naszym przypadku nietolerancja wobec różnic – zwłaszcza w odniesieniu do „plemienia”, z którym się identyfikujemy – wydaje się być niemal wbudowana, a przynajmniej uwarunkowana w dzieciństwie.
Co rozumiem przez „nietolerowanie różnic”? Ludovic pisze:
My, czyli ‚Homo sapiens citadensis’, jesteśmy całkowicie podporządkowani normom społeczeństwa. Wystarczy przejść się dowolną ulicą, aby zaobserwować, że wyrażana przez nas różnorodność ogranicza się mniej więcej do etui smartfona lub koloru auta. Nasze społeczeństwa nie tolerują żadnego autentycznego wyrażania pluralizmu. Od zawsze należymy do społeczeństw nadmiernie normatywnych: różnorodność jest źle postrzegana i tolerowana powierzchownie na peryferiach.
Nietolerancja oznacza uwarunkowaną (przez naszą biologię lub kulturę) niechęć do wszystkiego, co wykracza poza „normy” naszego plemienia – zachowania, wyglądu lub przekonań. Oznaki tego widzimy wszędzie – w polityce, religii, cenzurze prasowej i artykułach publicystycznych; w tym, czego uczymy się (i pozwalamy uczyć) w szkołach; w wielu aktach przemocy fizycznej i psychicznej, które przenikają niemal każdy aspekt naszego społeczeństwa, a obecnie także w tym, co jest „tolerowane”, nietolerowane i promowane w Internecie. Nawet ci z nas, którzy deklarują otwartość na odmienne poglądy i różnorodne zachowania, często muszą ciężko pracować, aby oprzeć się temu instynktowi. Reakcję tę wywołuje u mnie widok kobiety noszącej burkę (lub wyraźnie idącej kilka kroków za mężczyzną), podobnie jak zarozumiali celebryci i miliarderzy oraz ludzie popełniający okrutne zbrodnie. Bywamy nawet nietolerancyjni wobec nietolerancji okazywanej przez innych.
Do bardziej oczywistych dowodów tego uwarunkowanego nietolerowania różnic – takiego, które popycha nas w kierunku nienawistnych przekonań i czynów – należą ludobójstwa i większość wojen; nienawiść na tle etnicznym, rasowym i płciowym; rasizm i inne postacie dyskryminacji; ksenofobia, homofobia oraz większość form segregacji; „profilowane” więzienie i ucisk. Nie jest szczególnie istotne, czy „różnica”, której nie tolerujemy lub którą tolerujemy z trudem, dotyczy zachowania, wyglądu czy przekonań – dość łatwo możemy zostać uwarunkowani do nienawiści wobec osób wykazujących którąkolwiek z tych różnic.
Apartheid, przemoc kolonialna, Ku Klux Klan, histeria zwolenników ruchu MAGA, nazywanie konserwatywnych osób (a nie tylko ich zachowań) „godnymi pogardy”, ekstremizm religijny i poczucie narodowej czy dziejowej wyjątkowości, eksterminacja rdzennych ludów na całym świecie, ludobójstwa i „czystki etniczne” w Palestynie i Sudanie, rozpoczęta ponad dekadę temu wojna domowa na Ukrainie – przykłady tego nietolerowania różnic prowadzącego do odrazy, nienawiści i wyrażania tej nienawiści w przerażający sposób, są powszechne w naszym świecie dotkniętym plagą ludzkości. I tak jest od dawna – co najmniej od zarania naszej „cywilizacji”.
A zatem co jest z nami nie tak? Jak i dlaczego jesteśmy obłąkanymi sapiensami? Jak to się stało, że być może jako jedyni na tej planecie mamy mózg, który nienawidzi? Moim zdaniem (do którego doszedłem raczej niechętnie) jest to coś więcej niż wyłącznie uwarunkowanie kulturowe, coś więcej niż „error oprogramowania”, który można by wyeliminować poprzez „reset systemu”. Wydaje się, że w samej strukturze i połączeniach mózgowych naszego gatunku jest coś, co sprawia, że jesteśmy podatni na odczuwanie nienawiści i działanie pod jej wpływem.
Szukałem więc teorii wyjaśniających ten fenomen.
W udzielonym niedawno wywiadzie paleoantropolog Ella Al-Shamahi przedstawia kilka możliwości. Ewolucja nie przystosowała ludzi do współczesnego życia (które, jak na ironię, jest wynalazkiem człowieka) – mówi. Wierzymy w to, w co wierzy nasze plemię. Chociaż strategia ta była skuteczna z ewolucyjnego punktu widzenia, nie może ona sprostać ani ogromnej ilości informacji, perspektyw, przekonań i światopoglądów, które ludzie muszą dziś przyswoić i zrozumieć, ani faktowi, iż nasza wiedza dociera do nas w postaci zmanipulowanej – m.in. przez rządy i korporacje – coraz częściej „z drugiej ręki” jako samoutrwalająca się dezinformacja lub informacja fałszywa. A kiedy pojawia się rozbieżność między tym, co nam się mówi (nawet jeśli robią to ludzie kompetentni), a tym, co mówi nam nasze „plemię”, zawsze przyjmujemy poglądy naszego plemienia.
Obawiamy się i wściekamy na to, co zagraża nam i naszej społeczności, ale w obecnej dobie zazwyczaj nie mamy wystarczających osobistych doświadczeń, aby potwierdzić lub zmniejszyć te obawy i wściekłość. Możemy odwołać się wyłącznie do wyobraźni, a według Elli ewolucja zaszczepiła w nas uprzedzenie, które sprawia, iż spodziewamy się najgorszego. Badaczka opowiada o tym, jak inteligentni ludzie mogą uwierzyć w niemal wszystko, na przykład w ideę, że nauka jako taka jest zwodnicza, niewiarygodna lub po prostu zmyślona i błędna. Opisuje niezdolność naszych mózgów do pogodzenia niespójnych światopoglądów bez osądzania, podczas gdy nasze społeczeństwo naciska, abyśmy mieli zdecydowaną opinię na każdy temat. Wniosek: jesteśmy niemal całkowicie nieprzystosowani do świata, w którym żyjemy.
W jednym ze swoich wykładów Daniel Bitton, antropolog z Montrealu, próbuje opisać, jak w latach 30. i 40. minionego stulecia pojawiła się nienawiść Izraelczyków wobec Palestyńczyków i jak była ona wzmagana przez politycznych i religijnych ideologów-socjopatów, co doprowadziło do dzisiejszego ludobójstwa. Naukowiec został wychowany na syjonistę, dlatego jego perspektywa jest pełna niuansów. Obwinia głównie propagandę, cenzurę i dezinformację, podkreślając również, jak szybko zmieniało się dominujące myślenie i postępowała faszyzacja Izraela w ciągu minionych kilkunastu lat.
Konsekwencją błędnych informacji, które podsycały strach, nieufność, gniew i nienawiść, było i jest stale wzmacniane przekonanie, że „albo my, albo oni – jeśli nie podporządkujemy/wygnamy/wytrzebimy ich pierwsi, to oni zrobią to nam”. W takich razach nie ma nawet znaczenia, czy przekonanie to jest prawdziwe, czy nie. Ci, którzy różnią się od nas, muszą zostać „zintegrowani” (być takimi jak my) lub „segregowani” (trzymani z dala, za murem, w więzieniu lub obozie). Jeśli to się nie uda, jedynym „rozwiązaniem” jest wygnanie i eksterminacja. Tak właśnie wygląda skrajna nietolerancja wobec odmienności. Nie można wykluczyć, iż właśnie to doprowadziło do zagłady neandertalczyków i wszystkich innych wymarłych gatunków homo; do kolonizacji (tj. trwałego podporządkowania i ucisku); do eksterminacji niezliczonych rdzennych ludów i prawdopodobnie do większości wojen i ludobójstw.
Wielu komentatorów zwróciło uwagę na nagłą (zaszłą w ciągu 20 lat), radykalną i opartą na niedoinformowaniu i dezinformowaniu przez media głównego nurtu zmianę naszego zachodniego postrzegania Chin na negatywne. Zdaniem niektórych analityków było to celowe „przygotowanie” zachodnich społeczeństw do planowanej i zbliżającej się wojny Stanów Zjednoczonych przeciwko Chinom. Opinia setek milionów osób na temat odległego kraju, w którym mieszka ponad miliard ludzi, którzy nie tylko nie dopuścili się wobec nich żadnych aktów agresji, ale zapewnili tanią konsumpcję, zmieniła się drastycznie w krótkim czasie.
W innym wywiadzie muzyk i erudyta Tim Minchin opowiada o swoim światopoglądzie na temat natury ludzkiej, temacie, który, jak twierdzi, studiował przez całe życie. Żyjemy w deterministycznym świecie – mówi, z miejsca przyznając się do swoich uprzedzeń. Obserwowanie, jak [w ostatnich dziesięcioleciach] młodzi mężczyźni skręcają w prawo, a młode kobiety w lewo, jest katastrofalne, ale wynika to [wyłącznie] z przekazu, który na nich oddziałuje – dodaje, wskazując na plastyczny charakter ludzkich opinii.
Tim podsumowuje: Z pewnością w mojej branży, czyli sztuce, opowiadaniu historii i tworzeniu narracji, bałagan jest w nas – ludzi nie da się posprzątać. O tym właśnie traktuje moja sztuka „Upright” – o bliznach i ciosach, które zadajemy i otrzymujemy, o błędach, które popełniamy, o bólu, który odczuwamy i sprawiamy. To właśnie my.Fortepian jest metaforą w „Upright”, ale [narrator] mówi: „Jest mocno poobijany i trochę rozstrojony, ale ma swój własny ton, a jeśli na nim zagrasz, przekonasz się, że można z niego wydobyć piękną melodię”. Sądzę, że mówi o tym, że jako jednostki i gatunek jesteśmy uszkodzeniami, których nie da się naprawić.
A zatem gdzie to nas prowadzi? W jaki sposób i dlaczego nasz gatunek wykształcił mózg ze zdolnością do nienawiści, która skłoniła nas do popełnienia niezliczonych aktów odrażającej przemocy; spowodowała tragiczne, ogromne i nieustanne cierpienia ludzi i innych czujących istot; uruchomiła niekończące się cykle przemocy odwetowej?
Chcę wierzyć, że jesteśmy ofiarami ewolucyjnego błędu, że „staliśmy się zbyt bystrzy dla własnego dobra”. Funkcje naszego mózgu rozwinęły się i splotły do tego stopnia, że byliśmy w stanie wyobrazić sobie rzeczy, które nie były realne, a następnie uwierzyć (lub dać się przekonać), że te wyobrażenia są prawdziwe. Aby nienawidzić, trzeba być w stanie wyobrazić sobie, że „inni” mają zamiar wyrządzić nam krzywdę lub że mogą rozważać wyrządzenie krzywdy nam, naszym bliskim lub naszej społeczności.
To, co arogancko nazywamy „świadomością” – jakby czyniło nas w jakiś sposób „lepszymi” od reszty życia na Ziemi – może być de facto chorobą separacji, iluzorycznej odrębności, obłędem.
Jeżeli jesteśmy ofiarami ewolucyjnego błędu, to upadku cywilizacji i spowodowanego przez tę cywilizację wymarcia większości żywych organizmów na Ziemi nie można było powstrzymać. Podobnie jak meteoru, którego uderzenie spowodowało ostatnie wielkie wymieranie planetarne.
→ 117. Naukowcy odkryli nieoczekiwany trend w Oceanie Południowym, gdzie zasolenie wód powierzchniowych rośnie, a lód morski maleje. Od 2015 roku akweny otaczające Antarktydę straciły pak lodowy wielkości Grenlandii, co stanowi największą zmianę środowiskową zaobserwowaną na Ziemi w ostatnich dziesięcioleciach.
Wykorzystując dane z europejskich satelitów, uczeni z Uniwersytetu w Southampton odkryli nagły skok zasolenia powierzchniowego na południe od 50° szerokości geograficznej, równoległą ogromną utratę lodu oraz połynię Maud Rise na Morzu Weddella – dziury w pokrywie lodowej prawie czterokrotnie większej od Walii, której nie było od lat 70. XX wieku.
W Oceanie Południowym zimna warstwa słodkiej wody powierzchniowej znajduje się nad warstwą cieplejszej, bardziej zasolonej wody z głębin. Gdy w okresie zimowym powierzchnia ochładza się tworząc lód morski, różnica gęstości (stratyfikacja) między tymi warstwami słabnie, umożliwiając mieszanie się i transport ciepła w górę, co topi lód od dołu i hamuje jego powstawanie. Teraz dodatnie sprzężenie zwrotne poważnie osłabia stratyfikację.
Dr Alessandro Silvano, który kierował zespołem badawczym, podsumowuje: Bardziej zasolone wody powierzchniowe sprawiają, iż ciepło z głębin oceanicznych unosi się łatwiej, topiąc lód morski od spodu. To niebezpieczna pętla dodatniego sprzężenia zwrotnego: mniej lodu oznacza więcej ciepła, a to z kolei topi więcej lodu. Powrót połynii Maud Rise pokazuje, jak niespotykane są obecne warunki. Słony stan w połączeniu z niewielką ilością lodu trwale zmienia Ocean Południowy, a wraz z nim całą planetę. Skutki mają już wymiar globalny: gwałtowniejsze burze, cieplejsze oceany i kurczące się siedliska zwierząt Antarktydy.
Oczekiwano, że spowodowana przez cywilizację przemysłową zmiana klimatu przez długie lata nie skurczy paku Antarktycznego Morza Lodowcowego. Aditya Narayanan, współautor badania, tłumaczy: Chociaż eksperci spodziewali się, że zmiana klimatu ostatecznie zmniejszy lód morski Antarktyki, to czas i charakter procesu był niepewny. Wcześniejsze prognozy wskazywały na słabsze zasolenie powierzchni i silniejszą stratyfikację oceaniczną, co sprzyja utrzymaniu i ekspansji pokrywy lodowej. Zamiast tego nastąpiła nagła redukcja lodu odbijającego promieniowanie słoneczne, co w konsekwencji spotęgowało globalne ocieplenie. [Proceedings of the National Academy of Sciences, 30 czerwca 2025 r.]
Artykuł pt. „Dowody gwałtownych zmian w środowisku Antarktydy” zamieszczony 20 sierpnia 2025 roku w Nature ostrzega, że kontynent doświadcza dramatycznego przeobrażenia warunków klimatycznych. Oprócz wyjaśnionego powyżej dodatniego sprzężenia zwrotnego autorzy opisują pozostałe sygnały alarmowe: (1) zachodnie wybrzeże Półwyspu Antarktycznego to jedno z najszybciej ocieplających się miejsc na Ziemi, (2) prądy oceaniczne przybliżają upadek szelfów lodowych, (3) obecne tempo utraty masy lodu zapowiada upadek pokrywy lodowej Antarktydy Zachodniej.
Jak na koszmarną dystopię przystało biuro podróży oferuje „Urlop na Antarktydzie” w ramach „turystyki ekstremalnej”: Ogromne lodowe szelfy rozciągające się po horyzont. Obszar prawie dwukrotnie większy od Australii. Strzeliste, lodowe pasma górskie. Wspaniałe lodowce. Podekscytowane pingwiny. Powolne wieloryby. Foki zanurzające się leniwie w lodowatych wodach. Ekstremalne zimno. I przytłaczająca cisza, poczucie oddalenia, które jest jednocześnie onieśmielające i fascynujące. I właśnie w tym tkwi urok Antarktydy. Badanie zamieszczone 22 lutego 2022 roku w Nature Communications ustaliło, że 53 000 turystów, którzy rokrocznie odwiedzają Antarktydę, powoduje topnienie 83 ton śniegu. Przyczyną jest sadza (in. czarny węgiel) powstająca podczas spalania paliw kopalnych i biomasy: kiedy opada na śnieg, powoduje jego ciemnienie, które zwiększa wchłanianie promieni słonecznych i przyspiesza topnienie.
Gdyby w trakcie procesu sędzia przysięgły wysłuchał szczegółowych, zbieżnych zeznań kilkudziesięciu świadków, których niepodważalna wiarygodność zostałaby dodatkowo potwierdzona przez wybitnego biegłego, przedstawioną przez nich relację danego zdarzenia musiałby uznać za prawdę.
Trzy dekady temu w Ruwie – rolniczej osadzie położonej na przedmieściach Harare, stolicy Zimbabwe – doszło do kontaktu homo sapiens z Obcymi. W dniu 16 września 1994 roku sześćdziesięcioro dwoje uczniów z podstawówki Ariel zgłosiło, że widziało statek kosmiczny i dwie „dziwne istoty”, które „nie były ludźmi”.
Kilkunastominutowe spotkanie miało miejsce podczas długiej, przedpołudniowej przerwy. Na placu zabaw nie było dorosłych – trwało zebranie personelu, a nadzór nad najmłodszymi sprawowali dyżurni. Dzieci „wbiegły do szkoły w panice”. Na świadectwo rozemocjonowanych, przekrzykujących się podopiecznych pracownicy placówki zareagowali z rezerwą. Wierzyłam, że coś widziały, ale nie byłam przygotowana na to, aby zaakceptować, że było to coś nadprzyrodzonego czy nieziemskiego – przyznała jedna z wychowawczyń.
Wieść o tym, co zdarzyło się w Ariel rozeszła się szybko, a w kolejnych dniach i miesiącach szkołę odwiedzali badacze i reporterzy z całego świata. Dzieci przybliżyły im swoje reakcje: część z nich biegała podekscytowana, inne stały oszołomione, niektóre były zaciekawione i chciały sprawdzić dokładniej, co się dzieje, a kilkoro ogarnęło przerażenie i zaczęły płakać.
Opisy były wyraźne i koherentne. Będąc śledczym dowiedziałam się, że jeśli świadkowie opowiadają dokładnie tę samą historię, oznacza to zmowę – tłumaczyła badaczka Cynthia Hind. Natomiast gdy opowiadają podobną historię z indywidualnych punktów widzenia – tak jak świadkowie z Ariel – to mam do czynienia z prawdą.
Z dziećmi znajdującymi się najbliżej – dystans nie większy niż metr – Obcy porozumieli się telepatycznie: za pomocą obrazów, które „pojawiły się w głowie”, przekazali wiadomość o niekontrolowanym rozwoju technologii, którego skutkiem będzie zniszczenie środowiska naturalnego Ziemi.
Uczniowie nigdy nie zmienili treści swoich relacji. Dzieci w tym wieku – od 6 do 12 lat – nie byłyby w stanie utrzymać tej narracji przez tak długi czas, gdyby była zmyślona – powiedziała Nicole Carter, dziennikarka śledcza SABC (South African Broadcasting Corporation). Jedno z nich zawsze w takiej sytuacji „puszcza farbę”. Wówczas „kłębek zaczyna się rozwijać” i „pęka” reszta uczestników zmowy.
Dochodzenie reportera
Jedną z pierwszych osób poinformowanych o tym, co zaszło w Ruwie, był nieżyjący już Tim Leach, reporter BBC (British Broadcasting Corporation) i szef Stowarzyszenia Korespondentów Zagranicznych w Zimbabwe.
W tamtych dniach setki ludzi zadzwoniło do ZBC (Zimbabwe Broadcasting Corporation) i BBC w Harare, mówiąc, że widziało niezidentyfikowane obiekty latające. Poruszały się one bezdźwięcznie z zawrotną prędkością, w formacji, w określonym kierunku. Błyszczały, były owalne, bez skrzydeł. Ich obecność została również potwierdzona przez dwóch pilotów międzynarodowych linii lotniczych, którzy zaalarmowali kontrolę lotów w Johannesburgu.
Nic z tego nie rozumiałem – wspominał Leach. Zadzwoniłem więc do BBC w Londynie i zapytałem: „Co to za deszcz meteorów?” A oni na to: „Nie, nie, nie. Nie ma to związku z Afryką czy Zimbabwe. Meteory spadają po łuku, nie lecą równolegle do ziemi”. Indagowałem dalej: „A może były to spadające szczątki rosyjskiego sprzętu?” Usłyszałem: „Nie. To też jest wykluczone”. Co to było? Przez co najmniej trzy lub cztery dni ludzie z całego Zimbabwe dzwonili do BBC, aby zgłosić, że „widzieli coś niezwykłego”. „Czy był to helikopter?” „Nie. To była duża kula z płaskim, okrągłym dołem”. Potem otrzymałem telefon ze szkoły Ariel w Ruwie, gdzie wychowankowie widzieli lądujące UFO i śmieszne postacie w czarnych kombinezonach. Dziwne. Pozostali dziennikarze stacjonujący w Harare nie potraktowali tego poważnie. Ja potraktowałem to poważnie, bo ranga zdarzenia stale rosła. Musiałem dowiedzieć się, o co chodzi. Pojechałem tam ze swoim dźwiękowcem.
Po przybyciu na miejsce dziennikarz uzyskał potwierdzenie wcześniejszych doniesień. Po nagraniu serii rozmów z uczniami obejrzał ponad czterdzieści rysunków, na których małoletni autorzy detalicznie przedstawili to, co widzieli. Prace wywierały ogromne wrażenie – były wystarczająco podobne, aby nie mieć wątpliwości, że wszyscy zobaczyli to samo, a jednocześnie wystarczająco odmienne, aby być przekonanym, że przedstawiają osobiste wrażenia. Myślisz, że dzieci ponosi wyobraźnia – powiedziała pedagog. Ale przekonałam się, kiedy zobaczyłam rysunki i przeczytałam relacje. Są autentyczne, ponieważ wszyscy napisali różne historie, ale widzieli to samo. To mnie przekonało, chociaż byłam tak samo sceptyczna jak każdy.
Swój reportaż Leach rozpoczął od słów: Nad Afryką Południową rozległ się alarm z powodu niezidentyfikowanych obiektów latających. Świadkowie zaobserwowali duże, połyskujące i kolorowe statki, które leciały bezgłośnie z ogromną prędkością nad Zimbabwe, Zambią i RPA. Eksperci są zdumieni.
Dzieci były wyraźne zafascynowane tym, co zobaczyły – stwierdził korespondent. Zaakceptowały to w pełni. Widziały to, co widziały. Nie są głupie. Dzieci są o wiele bardziej otwarte niż dorośli. Zawsze miałem otwarty umysł w kwestii życia, Wszechświata, Boga, Buddy itd. Ale to zdarzenie było czymś, z czym wcześniej się nie zetknąłem. W październiku 1983 roku udałem się do Zimbabwe, gdzie dokonywano wielu masakr. Jeździłem po całej Afryce jako kamerzysta, robiąc coś, co nazywa się „pif paf” – depeszowałem ze stref wojny. Zaliczyłem wiele z nich. Byłem w Angoli, Rwandzie, Liberii, Nigerii. Wielu moich przyjaciół i członków ekipy zginęło. Ja przeżyłem. Taki fach. Ale zdarzenie w Ruwie było niczym grom z jasnego nieba. Nie byłem tak przerażony w Angoli czy Rwandzie, jak wtedy. Nie spodziewałem się tego, bo byłem realistą. To całkowicie wykraczało poza moje kompetencje. Radziłem sobie z wojną, ale nie z UFO. Nigdy nie miałem do czynienia z takim zjawiskiem; obejrzałem jedynie film Stevena Spielberga „Bliskie spotkania trzeciego stopnia”. Sądziłem, że dzieciaki powariowały. Byłem zawziętym, sceptycznym dziennikarzem. Co tu się dzieje? Chcę wiedzieć. BBC chce wiedzieć. Byłem oszołomiony. To było niesłychane. Muszę usprawiedliwić się przed BBC. Jak mam wytłumaczyć poważnemu redaktorowi w Londynie, że to nie jest primaaprilisowy żart we wrześniu? BBC miało politykę, że nie publikuje czegoś na podstawie jednego źródła informacji. Trzeba mieć dwa, a najlepiej trzy. A ja miałem 20, 30, 40! Musiałem wezwać dodatkową pomoc.
Leach zadepeszował do dr. John E. Macka, dziekana wydziału psychiatrii na Harvardzie, a także nagrodzonego Pulitzerem biografa. Uczony przyleciał do Ariel z koleżanką Dominique Callimanopulos z Centrum Psychologii i Zmian Społecznych, które założył w 1983 roku w Cambridge; antropolożka prowadziła na całym świecie badania transhistorycznych zmian społecznych i kulturowych rdzennej ludności.
Historyczne wywiady
Po wizycie w Ariel Callimanopulos scharakteryzowała ją jako dobrze zarządzaną, złożoną z kilku niewielkich budynków, otoczonych placem zabaw i rozległą łąką: Chociaż nie była to szkoła luksusowa, panowała w niej miła, odpowiednia atmosfera. Wszyscy podopieczni (w większości z białych rodzin) nosili mundurki, byli bardzo elokwentni, dobrze ułożeni i zdyscyplinowani.
Dr Mack i Callimanopulos spędzili dwa dni na przeprowadzaniu i sfilmowaniu indywidualnych wywiadów z piętnastoma uczniami. Poprosili też o rysunkowe utrwalenie wspomnień. Historyczny już materiał filmowy pokazuje, że mimo początkowego zdenerwowania, życzliwe i pełne ufności podejście uznanego psychologa dziecięcego sprawiło, iż nieletni interlokutorzy otworzyli się, wyrażając autentyczne emocje.
John był znakomitym rozmówcą, a jego wywiady miały rzadko spotykaną głębię – zauważyła Callimanopulos. Nigdy nie poprzestawał na pierwszej odpowiedzi i dawał sobie czas na to, aby zadać pytanie w inny sposób. Dzięki temu dzieci mogły wyjść poza początkową odpowiedź; w pewnym sensie były w stanie ponownie przeżyć to zdarzenie. Podejście Johna było pełne empatii – dodała. Kiedy małe dziecko przejawiało niepokój lub jego podbródek drżał, reagował słowami: „Było to trochę przerażające, prawda?”. Pozwalało to dzieciom wejść w lęk i stworzyć zupełnie inną narrację niż ta, którą sprowokowałoby pytanie: „Co zobaczyłaś?”.
Will Bueche, archiwista Instytutu Johna E. Macka, który zapoznał się z wielogodzinnym zapisem rozmów, podobnie zwrócił uwagę, iż dr Mack dał uczniom przestrzeń, aby czuły, że są bezpiecznie i wysłuchiwane z ufnością. John przyjmował ich język – podkreślił Bueche. Na przykład, kiedy jedna z dziewcząt opisała coś, co nazwała „dziwną istotą”, John natychmiast zaadoptował ten termin i zapytał ją o „dziwną istotę”. Nie użyłby słowa „Obcy”, bo mogłoby wywołać uprzedzenia.
Według Callimanopulos spójność relacji nie pozostawia żadnych wątpliwości, że dzieci odtworzyły to, czego były świadkami: Widziały statek, który unosił się nad placem zabaw, i dwie istoty.
Statkowi, który był duży i srebrny, z zielonymi, żółtymi i czerwonymi światłami, towarzyszyło kilka bardzo małych obiektów latających.
Odnosiło się wrażenie, że ścieka po nim woda, w której odbija się słońce. Nie wyglądał jak gładki metaliczny obiekt. Nie przypominał niczego naturalnego ani zbudowanego przez człowieka.
Wydobywający się zeń dźwięk był jak dochodzące zewsząd brzęczenie mechanicznych pszczół. Stawał się głośniejszy, po czym ustał. Kiedy rozbrzmiał na nowo, wzbudził przestrach.
Słyszałam dźwięk… jakby ktoś grał na flecie.
Istoty miały bardzo szczupłe ręce i nogi, mierzyły około 120 centymetrów, a ich ubiór stanowiły błyszczące, obcisłe, czarne „kombinezony”.
Materiał był bardzo gładki i wyglądał na bardzo miękki. Gdybyś spróbował go dotknąć, twoja dłoń ześlizgnęłaby się.
Jedna z istot pozostawała na szczycie statku, podczas gdy druga skierowała się w stronę uczniów.
Obcy poruszał się osobliwie. Powiedziałabym, że był to ruch pełen wdzięku. Nie potykał się, nic z tych rzeczy. Kiedy „szedł”, zdawał się szybować bez przyciągania grawitacyjnego. Było to bardzo płynne.
„To” biegło w zwolnionym tempie po przekątnej boiska. A potem pojawiało się ponownie w miejscu, z którego wystartowało, by powtórzyć tę czynność. Fakt, że nie mogłam oglądać tych „rzeczy” wystarczająco długo był bardziej przerażający niż zobaczenie, czym tak naprawdę były.
To nie było tak, że po prostu stali i spoglądali na ciebie. Widziałeś ich w różnych miejscach o różnych porach. Nie wiedziałeś, czy jest jeden, czy więcej.
Na twarze przybyszów składały się duże owalne, czarne oczy, małe nozdrza i usta bez warg.
Przypatrywali się nam, jakby byli zdumieni tym, kim jesteśmy. (…) Wydawało się, że ich szyje były sztywne.
Patrzył jak staruszka, która pochyla się, aby lepiej widzieć.
Oczy wyglądały na złe, bo po prostu się we mnie wpatrywały. Jakby chciał nas zabrać.
Oczy drugiego „człowieka” patrzyły na mnie tak, jakby mówiły: „Chcę, żebyś poszła ze mną”. I tylko moje oczy z nim poszły. I moje uczucie. Część mnie chciała z nim pójść. Ciągnęło mnie, by z nim pójść. Byłam przerażona i trochę podekscytowana. I trochę świadoma, że nie powinnam iść. A jednak tego pragnęłam.
Część dzieci, z którymi rozmawialiśmy, wyznało nam, że kiedy patrzyły w duże oczy istot, miały apokaliptyczne wizje Ziemi – kontynuowała Callimanopulos. Pamiętam, że jedna dziewczynka widziała, jak umierają i przewracają się wszystkie drzewa, a ludzie nie mogą oddychać. Inna dziewczynka, która podzieliła się z nami bodaj najgłębszymi spostrzeżeniami, była przestraszona, ale jednocześnie tak żałowała tych istot, że poczuła do nich miłość.
Dzieci były absolutnie wiarygodne – wspominał Leach. Wystarczyło spojrzeć na ich twarze. Nawet na ekranie telewizora widać, że nie wciskają kitu. Byliśmy przekonani, że były świadkami zdarzenia wyjątkowego w historii tego zjawiska. Jeśli coś w ogóle mogłoby przekonać sceptyczną opinię publiczną o wąskich horyzontach, że istnieje jakiś rodzaj inteligencji, która nie jest – jak to ujął dyrektor szkoły – „z tego świata”, to jest nim zdarzenie w Ariel. Uważam, że nie można przecenić jego złożoności, znaczenia i wartości dla zrozumienia nas samych; zrozumienia, kim jesteśmy we Wszechświecie.
Dr John Mack zorganizował mityng z udziałem mieszkańców Harare. Wyświadczył nieocenioną przysługę lokalnej społeczności, która martwiła się i domagała odpowiedzi. Cieszę się, że mogę tu dziś być i porozmawiać z państwem o tym zjawisku – zwrócił się do zebranych. Zostałem przeszkolony w zakresie psychiatrii dorosłych i dzieci oraz psychoanalizy dorosłych i dzieci. Jestem względnym nowicjuszem w dziedzinie UFO. Powodem mojej podróży jest incydent w szkole Ariel. Wielu z was z pewnością o nim słyszało. Dzieci ewidentnie mówiły o fenomenie, którego doświadczyły w rzeczywistości fizycznej. Innymi słowy, ich relacje były spójne, a sposób, w jaki o tym mówiły, nie pozostawia praktycznie żadnych wątpliwości, że to, co się zdarzyło, było właśnie tym, co opowiedziały.
Nie było to zbiorowe złudzenie – stwierdził w późniejszym wywiadzie dr Mack. Nie pozostaje nam nic innego, jak uznać dość niepokojący fakt, iż dzieci spotkały z tymi istotami. Inne wyjaśnienie psychiatryczne tego potężnego przeżycia po prostu nie istnieje.
Zdrada i przeprosiny
Wielu rodziców i wychowawców nie dało wiary swoim dzieciom i podopiecznym.
Lisil Field: Pobiegliśmy do szkoły, weszliśmy do pokoju nauczycielskiego i zaczęliśmy opowiadać. Nauczyciele powiedzieli, że może nic nie ma. Byliśmy bardzo smutni, ponieważ kogoś zobaczyliśmy.
Salma Siddick: Zapanował chaos. Mam na myśli medialne szaleństwo. Byliśmy dziećmi i nie mieliśmy nawet czasu na przemyślenie tego, co widzieliśmy. Nasi nauczyciele z pewnością nam nie uwierzyli. Był to wielki cios, ponieważ musieliśmy nadal uczęszczać do tej szkoły. Nikt z nas nie miał żadnego powodu, by to wszystko zmyślić.
Colin Mackie, dyrektor Ariel: 13-letni wychowanek bardzo przejął się tą sprawą. Niestety, nie ma go już z nami w szkole. Wrócił do Kanady. Cierpiał na bezsenność. Przyczynili się do tego rodzice – nie chcieli z nim rozmawiać o zaistniałej sytuacji. Byli bardzo religijni i według nich takie rzeczy się nie zdarzają.
Nawet dzieci afrykańskie, które nigdy wcześniej nie słyszały o UFO, zostały upokorzone oskarżeniami, że„zobaczyły coś innego”.
Emily Trim: Za stwierdzeniem, że środowisko kształtuje to, kim jesteś, kryje się prawda. Dla mnie dorastanie w Afryce było czymś normalnym. To był po prostu mój dom. Było to miejsce, w którym musiałeś być świadomy swojego otoczenia. To nie Ameryka. To Zimbabwe. Nie wychowywaliśmy się z telewizją.
Z powodu krajowych wstrząsów politycznych uczniowie rozjechali się po całym świecie. Milczeli przez dekady.
Dr John Mack: Dzieci bardzo niechętnie zwierzają się rodzicom. Matka lub ojciec mogą powiedzieć: „Oj, musiałeś to wymyślić. Masz bujną wyobraźnię”. Wówczas dzieci zamykają się w sobie i robią to, co nazywam „zejściem do podziemia”. Wiedzą, co im się przydarzyło, ale nikomu o tym nie mówią.
Emily Trim: Czułam, że nikogo to nie obchodziło. Z kim miałam rozmawiać? Jak to zrozumieć? Najbliżsi nie zapewnili systemu wsparcia. Samotność była czymś strasznym. Każdy zapomniał, że jesteśmy tylko ludźmi. Nikt z nas nie prosił, by przeżyć coś takiego.
Emma Jelic Kristiansen: Nie było nikogo, kto mógłby uspokoić: „Teraz można o tym pomówić”. A zatem nigdy tego nie zrobiliśmy. Kiedy jako dziecko, którego wyobraźnia pracuje intensywnie, widzisz tego rodzaju rzeczy i nie wiesz, czym one są, tracisz poczucie bezpieczeństwa, jesteś zdezorientowana, w stanie zawieszenia. I to był, jak sądzę, mechanizm ochronny – zablokować, „wyłączyć” to, co zaszło, i do tego nie wracać. Na przestrzeni lat tak naprawdę z nikim o tym nie rozmawiałam. Nawet ze swoim mężem. Jeśli jakaś osoba jest głęboko przekonana, że to, co mi się przydarzyło jest nieprawdą, czy opisywanie jej mojego doświadczenia zmieni to przekonanie? Nie zmieni jej poglądu na temat Wszechświata – szybciej zmieni opinię o mnie. Gdyby o tym doświadczeniu usłyszała od 60 świadków jednocześnie, jej postrzeganie Wszechświata uległoby zmianie.
W 2014 roku Judy Bates, nauczycielka w Ariel, skorzystała z okazji, aby wystąpić przed kamerą i wyznać to, co nie dawało jej spokoju: Chcę przeprosić uczniów. Nie powinnam była zignorować tego, co ich spotkało. Bardziej przejmowałam się sobą i tym, co działo się w moim życiu osobistym.Odwiedzili nas Obcy. To wszystko.
Arogancja na deskach
To brudny temat – podsumował przed śmiercią w 2010 roku Tim Leach. Jeśli zależy ci na dalszej pracy w BBC i jesteś korespondentem wojennym z wieloletnim stażem, nie wyskakujesz z historią o UFO. Nieważne, że była absolutnie nie do podważenia. Usłyszałem: „Stres i napięcia związane ze wszystkimi wojnami, które relacjonował, dopadły Tima. Zgubił wątek. Sfiksował”. Myślę, że właśnie wtedy moja kariera w BBC dobiegła końca. Straciłem „wiarygodność”, bo „o takich rzeczach się nie mówi”.
Dr. Johna Macka potraktowano podobnie: zarząd Harvarda naciskał, aby porzucił dalsze dociekania, bo „uczelnia nie chce mieć nic wspólnego z ‚zielonymi ludzikami’”. Nie zastosował się do zalecenia, co zapewniło mu ostracyzm środowiska akademickiego; jako persona non-grata był obiektem drwin i pogardy.
Priorytetem korporacyjnych mediów i akademii wcale nie jest poszukiwanie prawdy, tylko ochrona światopoglądowego status quo. Światopogląd jest rodzajem psychicznego kleju – przypominał dr Mack. To rodzaj orientacji. Pozwala ludziom myśleć, że wiedzą, kim są w światach, które mają dla nich znaczenie: rodzinie, grupach, instytucjach, szkołach. Naprawdę uważam, że stawką jest tutaj ludzki egoizm w najszerszym tego słowa znaczeniu – nasze poczucie wartości, nasze poczucie tego, kim jesteśmy. Czy faktycznie jesteśmy potężni i kierujemy własnym losem? Freud był zdania, że ludzki egoizm został znokautowany przez trzy wielkie ciosy. Pierwszym z nich było odkrycie przez Kopernika i Galileusza, że Ziemia nie znajduje się w centrum Kosmosu. Drugim było odkrycie Darwina, że nie różnimy się szczególnie od innych gatunków zwierząt. Trzecim była konstatacja Freuda, że tak naprawdę nie sterujemy własnym życiem. Czwartym, jak sądzę, jest to, że nie jesteśmy najbardziej inteligentnymi czy zaawansowanymi technologicznie stworzeniami w Kosmosie.
Filmowy epilog
Kiedy dr John Mack i Dominique Callimanopulos wrócili w 1994 roku z Afryki, powzięli zamiar zmontowania filmu dokumentalnego z wywiadów zarejestrowanych w Ariel. Do jego zrealizowania jednak nie doszło. Dwa lata po tragicznej śmierci dr. Macka w 2004 roku Callimanopulos postanowiła zainteresować projektem Randalla Nickersona ze String Theory Films. Po przestudiowaniu wielu godzin rozmów z uczniami, poruszony prawdą przekazu filmowiec przystał na propozycję. Kiedy rozpoczął pracę nad projektem, szybko zdał sobie sprawę, iż ma do opowiedzenia większą historię. Realizacja zabrała go w podróż do Zimbabwe, Republiki Południowej Afryki, Anglii, Kanady i Stanów Zjednoczonych.
Premiera „Ariel Phenomenon”* odbyła się w 2022 roku – w 28. rocznicę „bliskiego spotkania piątego stopnia” w Ruwie. Cofając się pamięcią do okresu zdjęciowego, reżyser przywołał refleksję pewnej kobiety: Powiedziała mi: „Do dziś nie przestaje prześladować mnie świadomość, że to, co dzieci powiedziały o całkowitym zniszczeniu środowiska naturalnego staje się rzeczywistością”.
* Źródło większości cytatów przytoczonych w opracowaniu.
Zima na arktycznym archipelagu Svalbard była tak niezawodnie mroźna, że ludzkość postawiła na nią swoją przyszłość. Od 2008 roku w globalnym banku nasion – wkopanym w zamarzniętą glebę Spitsbergenu – „zdeponowano” blisko 1,4 miliona próbek ponad 6 000 gatunków najważniejszych roślin uprawnych. Ale w 2017 roku tunel prowadzący do magazynu został zalany w wyniku topnienia wiecznej zmarzliny. Przyczyna: lokalizacja ta ociepla się sześć do siedmiu razy szybciej niż średnia globalna.
W lutym bieżącego roku na Svalbardzie wylądował międzynarodowy zespół badawczy. Jego członkowie doświadczyli wysokich temperatur i błyskawicznego topnienia, zaobserwowali kwitnącą roślinność. Następstwa „dramatycznego” przeobrażenia krajobrazu wyspy opisują w artykule opublikowanym 21 lipca 2025 roku przez Nature Communications.
Ciepła zima w Arktyce nie jest już wyjątkiem – stanowi powracającą cechę głęboko zmienionego systemu klimatycznego; amplifikacja arktyczna ma alarmujące tempo; przekroczenie progu topnienia 0°C zmienia środowisko fizyczne, zaburza dynamikę lokalnych ekosystemów oraz samą metodologię prowadzenia zimowych badań w Arktyce.
Celem naszej wyprawy było zbadanie świeżo spadłego śniegu – mówi Laura Molares Moncayo, doktorantka na Queen Mary. Jednak w ciągu dwóch tygodni udało nam się zebrać taki śnieg tylko raz, ponieważ większość opadów miała postać deszczu. Brak śniegu w środku zimy utrudnia nam ustalenie reprezentatywnej podstawy dla procesów zachodzących w sezonie zamarzania. Nieoczekiwane topnienie zakłóciło plan pobierania próbek i skłoniło nas do zastanowienia się, na ile bezpieczne i wykonalne są zimowe prace terenowe w tak szybko zmieniających się okolicznościach.
Brodzenie po kałużach wody u podnóża lodowca lub przemierzanie nagiej, zielonej tundry, było szokujące i surrealistyczne – przyznaje dr James Bradley, geomikrobiolog ze Śródziemnomorskiego Instytutu Oceanografii i Uniwersytetu Queen Mary w Londynie. Gruba warstwa śniegu pokrywająca krajobraz zniknęła w ciągu kilku dni. Sprzęt, który spakowałem, przypominał relikt z innego klimatu. Przygotowywani na ekstremalne zimno naukowcy – ciepła bielizna, ocieplane kurtki puchowe i grube rękawiczki – pracowali gołymi rękami na chłostanym deszczem lodowcu.
Uczeni pozyskiwali próbki bakterii rozmnażających się podczas topnienia. Mikroby te żywią się materią organiczną i wydalają metan (CH4), potężny gaz cieplarniany. Emisje te napędzają dodatnie sprzężenie zwrotne klimatu: im więcej gleby rozmarza, tym więcej metanu trafia do atmosfery, co prowadzi do dalszego rozmarzania i uwalniania CH4.
W wielu miejscach standardowa metoda odwiertów nie była konieczna. Temperatura powietrza utrzymywała się powyżej zera przez 14 z 28 dni lutego, osiągając około +5°C, podczas gdy średnia o tej porze roku oscyluje wokół –15°C. Śnieg zamieniał się w ogromne kałuże wody. Przywiozłem sprzęt do wiercenia w skutej lodem glebie, a ostatecznie pobierałem próbki za pomocą łyżki, jakbym nakładał lody – wspomina Donato Giovannelli, geomikrobiolog z Uniwersytetu Federico II w Neapolu.
Badacze mogą teraz kopać sztućcami na Svalbardzie, ponieważ Arktyka ciemnieje. Do niedawna daleka północ miała ogromną ilość lodu morskiego, który chłodził region odbijając większość energii słonecznej z powrotem w przestrzeń kosmiczną. Wskutek ocieplania się Ziemi lód ten szybko zanika, odsłaniając wodę, która pochłania światło słoneczne i podnosi temperaturę. Jest to kolejne dodatnie sprzężenie zwrotne klimatu: coraz większe ciepło topi więcej paku lodowego, co potęguje lokalne ocieplenie. To, z czym się zetknęliśmy, było dramatyczne; znaleźliśmy się w samym środku tego zdarzenia – relacjonuje dr Bradley. Prawie cała powierzchnia uległa stopieniu. Gleba pozostała zamarznięta i woda nie miała gdzie spłynąć – na tundrze zgromadziło się mnóstwo wody.
Co gorsza, wraz ze wzrostem temperatury na dalekiej północy do atmosfery dostaje się więcej wilgoci. Po pierwsze, cieplejsza woda morska intensywniej paruje, dodając parę wodną do powietrza. Po drugie, cieplejsza atmosfera może pomieścić więcej wilgoci. Prowadzi to do powstania większej ilości chmur niskich, które w mroku arktycznej zimy zatrzymują ciepło niczym koc, wzmacniając ocieplenie. Proces ten w połączeniu z utratą lodu dryfującego sprawia, iż Arktyka ociepla się czterokrotnie gwałtowniej od reszty planety, a Svalbard jeszcze szybciej.
Ten nowy stan klimatu przeobraża glebowy mikrobiom. Panowało przekonanie, iż bakterie wytwarzające metan, znane jako metanogeny, przestają się rozmnażać, gdy gleby Svalbardu zamarzają. Jednak wywołane nagłym ociepleniem topnienie zimowe budzi je: produkcja CH4 zostaje wznowiona i może trwać nawet po zamrożeniu wód opadowych. Ten nowy lód powstrzymuje wymianę gazów atmosferycznych z ziemią, tworząc warunki beztlenowe, idealne dla metanogenów.
Na niektórych obszarach głębsze warstwy gleby nie zamarzają całkowicie, co oznacza, że zamieszkujące je metanogeny i inne mikroorganizmy pozostają aktywne (i produkują metan) – tłumaczy Giovannelli. Prawdziwej zimy już nie ma.
Zmienia się też roślinność – Arktyka się zieleni, co jest kolejnym czynnikiem ocieplającym region. Wraz ze wzrostem temperatury drzewa i krzewy rozprzestrzeniają się na północ, zdobywając nowe terytoria. Ciemna flora pochłania więcej energii słonecznej i podnosi temperaturę, podobnie jak odsłonięty ocean. Z kolei krzewy zatrzymują śnieg na powierzchni terenu, zapobiegając przenikaniu zimna do gleby, a tym samym jej zlodowaceniu.
Nie ma wątpliwości, że zmiany zachodzące w pokrywie śnieżnej i zamarzniętej glebie Arktyki wywierają kaskadowy wpływ na topnienie wiecznej marzłoci, śniegu i lodu oraz procesy ekologiczne – konkludują uczeni. Ocieplenie zimą w Arktyce już dawno osiągnęło punkt topnienia i zmienia krajobraz regionu. Wielu komentatorów wciąż postrzega te zjawiska jako anomalie, ale taka jest nowa Arktyka. Dodatnie sprzężenia zwrotne będą pompować do atmosfery coraz więcej metanu.
Byliśmy zbyt ostrożni w naszych ostrzeżeniach o zmianie klimatu. Nie jest już zmartwieniem następnych pokoleń. Stała się naszym zmartwieniem – przyznaje Giovannelli.
Luty 2025 roku: wysokie temperatury topią lód na archipelagu Svalbard.